Postaw mi kawę na buycoffee.to

Na dzień rozpoczęcia akcji wybrano niedzielę 11 lipca 1943 roku

0

Plany UPA zakładały objęcie akcją eksterminacyjną jak największej liczby miejscowości, by zaskoczyć Polaków i nie dopuścić do podjęcia przez nich obrony. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji agitatorzy, którzy przybyli z Małopolski Wschodniej, odbyli we wsiach ukraińskich spotkania, na których przekonywali ludność o konieczności wymordowania Polaków. Aby Polacy nie nabrali podejrzeń, dwa dni przed masakrą rozprowadzono ulotki nawołujące Polaków do zjednoczenia się z Ukraińcami w walce z Niemcami i Sowietami.

Na dzień rozpoczęcia akcji wybrano niedzielę 11 lipca, by móc zaskoczyć jak największą liczbę Polaków w kościołach. Było to popularne prawosławne święto Piotra i Pawła. Posługiwanie się podstępem i kłamstwem wpisane zostało w kanon ukraińskiego nacjonalizmu. „Dekalog ukraińskiego nacjonalisty”, czyli swoiste 10 szatańskich przykazań, w punkcie 8 nakazywał: „Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmować wroga Twojej Nacji”.

SKLEP-WPRAWO.PL

Prawosławne święto Piotra i Pawła upamiętnia dwóch wielkich filarów Kościoła: św. Piotra, który wyznał wiarę w Chrystusa jako Syna Bożego, oraz św. Pawła, nauczyciela narodów. Obaj głosili Ewangelię i ponieśli męczeńską śmierć. Męczeńską śmierć tej niedzieli poniosło około 12 tysięcy Polaków. Pobłogosławionymi narzędziami gospodarskimi ukraińscy ludobójcy zadawali śmierć na 362 sposoby. Taka była ich Ewangelia.

Nigdy życie mojej Rodziny nie było tak gorzkie i pełne grozy, jak w tamtych latach ognia, i nigdy nie wydawało się tak cenne jak wówczas. Na Wołyń ściągały uzbrojone kurenie – bataliony z Małopolski Wschodniej; one krwawo zapisały się w historii. Wołyń płonął.

WSPARCIE WPRAWO.PL

Przygnębiające widoki pożarów wskazywały niezbicie, że jest to akcja zorganizowana. Dymy płonących dworów osnuły cały Wołyń. „Jeśli nie uspokoi się to, będziemy uciekać” – pierwszy zawyrokował Dziadek. Trudno było opuszczać 16-letni dorobek życia, jednak okoliczności i rozwój wypadków zmusiły do ucieczki. Opadły ręce, nie planowano żadnych zajęć. W takiej sytuacji, bez wyjścia, zbliżał się moment, gdy trzeba było wybrać życie. Przykłady nieszczęścia można mnożyć. To była Apokalipsa.

Tysiące relacji opisują ogrom cierpienia mordowanych i bestialstwo Ukraińców.

Majątek Biskupicze Górne, pow. Włodzimierz Wołyński. 15-osobowa banda „ukraińskich partyzantów” pod dowództwem Stepana Stolaruka ogłosiła, że będzie dokonany spis ludności i zostaną wydane nowe dokumenty. Zamieszkałe w majątku rodziny – oddzielnie mężczyźni, oddzielnie kobiety z dziećmi – były kolejno przyprowadzane do jednego z domów i tam mordowane siekierami. Dom został następnie podpalony. Tak zamordowali 70 Polaków. Po majątku obecnie nie ma śladu.

Wieś Dziegciów, pow. Włodzimierz Wołyński. Zygmunt Maguza relacjonuje:

„O świcie wstałem i wyszedłem na drogę. Wieś była uśpiona. Wydawało się, że nic się nie dzieje. Znienacka słyszę jednak straszny, rozdzierający powietrze krzyk – »Uciekajcie, mordują!«. Patrzę na ulicę, a tam biegnie kobieta i znów krzyczy: »Uciekajcie, mordują!« Tak, jakby chciała ostrzec sąsiadów. Banderowcy mordowali w tym czasie rodzinę Chomczyńskich. Zaczęli od niej, bo liczyli na niezły łup. Uchodziła ona za zamożną, mającą sporo ukrytych kosztowności. Chomczyńscy ukryli się jednak w solidnej piwnicy, jak gdyby coś przeczuwając, i nie dali się łatwo wykurzyć. Banderowcy, chcąc ich zmusić do wyjścia, wytracili czas i nie zdążyli przyjść o świcie do Girgilewiczów. Natychmiast pobiegłem do wujostwa i mówię im, co się dzieje, i też krzyczę, że trzeba uciekać. Wpadłem do wujostwa, krzycząc, że musimy uciekać! Wuj jednak tylko wzruszył ramionami i ofuknął mnie: »Czego ty się boisz? Mnie Ukraińcy powiedzieli, że mogę spać spokojnie, bo jestem im potrzebny. Beze mnie nie będzie miał kto kuć im koni, wykonywać obręczy żelaznych na koła do wozów«. Ja wtedy, nie czekając na nic, wsiadłem na konia i pognałem do Włodzimierza. Gdy banda zbliżała się do domu Girgilewiczów, wujenka, jakby coś przeczuwając, uciekła w zboże. Była niewidoczna, ale mogła obserwować, co dzieje się na podwórku jej domostwa. Ukraińcy, jak wpadli na nie, od razu zastrzelili wujka Girgilewicza. Zrobił to Ukrainiec o nazwisku Trofimiuk. Zbrodniarze rozbiegli się po całym obejściu, szukając pozostałych domowników, w tym mnie. Byli wściekli, że nikogo oprócz wujka Girgilewicza nie było.”

Kolonia Rogowicze, pow. Horochów. Ludobójcy zamordowali Agnieszkę Lipowską, jej córkę Jadwigę, Aleksandra Lipowskiego (syna także Aleksandra), jego żonę Mariannę i ich 2-letnią córkę.

„Ojciec mój Aleksander, oprócz gospodarstwa rolnego, posiadał młyn, siostra Jadwiga, lat 25, panna, była nauczycielką w szkole powszechnej, starszy brat Aleksander, lat 35, był sekretarzem gminy, ja zaś miałem kuźnię. Z Ukraińcami żyliśmy w zgodzie i mimo iż docierały do nas informacje o mordowaniu rodzin polskich przez banderowców, uwierzyliśmy zapewnieniom naszych ukraińskich sąsiadów, że nic nam nie grozi, mamy mocną pozycję, przecież oni też korzystają z naszego młyna i kuźni, a brat Aleksander był przez nich ceniony za udzielanie porad agronomicznych. A jednak przyszli. Była to niedziela, 11 lipca 1943 r. Wróciłem do domu z rodzicami, Aleksandrem i Agnieszką z d. Bernat, oraz siostrą Jadwigą po nabożeństwie z kościoła w Łokaczach. Przyszedł do nas brat Aleksander z żoną Marianną, lat 28, i dwuletnią córeczką. Naradzaliśmy się, czy mamy pozostać w swoich domach, czy też, jak inne polskie rodziny, opuścić dom i przenieść się do Łokacz, gdzie został utworzony oddział samoobrony i czulibyśmy się bezpieczniejsi. Ojciec wyszedł w pole do krów, a matka smażyła jajecznicę na boczku. Widocznie przywiódł ich zapach jedzenia. Weszło ich trzech, nieznanych mi z widzenia, uzbrojonych w karabiny. Zapytali, czy cała rodzina jest w domu, zażądali od nas dokumentów, zabrali je wraz z portfelami, mówiąc, że nam już one nie będą potrzebne. Byliśmy odświętnie ubrani, więc polecili, abyśmy się rozebrali do bielizny. Krzyczeli: „Polskie mordy, to już koniec z wami, musicie zginąć, nie ma tu dla was miejsca”. Matka prosiła ich, aby pozwolili nam pomodlić się przed śmiercią. Zagonili nas z kuchni do pokoju, a kiedy siostra Jadwiga nie uklękła, jak inni, i na ich krzyki odpowiedziała: „My zginiemy, ale i wy zginiecie, nie zbudujecie Ukrainy na krwi niewinnej i bezbronnej ludności polskiej, a okryjecie siebie i naród ukraiński wieczną hańbą, jesteśmy solą tej ziemi, zamiast mordować, uczcie się od nas, jak żyć godnie i dostatnio” – została uderzona przez bandytę lufą karabinu, zachwiała się i upadła na szafę. W tym zamieszaniu matka powiedziała do mnie, abym uciekał. Klęczałem najbliżej okna. Zerwałem się z klęczek i skoczyłem w okno, wybijając łokciem szybę. Kiedy byłem za oknem, widziałem, jak do mnie strzela inny bandyta, stojący na obstawie. Zaciął mu się karabin. Wbiegłem za stodołę, gdzie stał banderowiec z RKM, a z drugiej strony dwóch z karabinami. Słyszałem strzały, ale na szczęście nie trafili we mnie. Biegłem w stronę Łokacz, polami, kryjąc się za dziesiątkami żyta. Na pastwisku pasły się konie. Schwyciłem jednego i na oklep pojechałem dalej. Z ukraińskiej wsi Markowicze wyjechała furmanka z 4–5 mężczyznami, którzy strzelali w moim kierunku. Konno dojechałem do rzeki, po czym pozostawiłem konia i wpław przeprawiłem się przez rzekę. Tak dotarłem do Łokacz, gdzie poinformowałem znajomych Polaków o napadzie. Zgłosiliśmy o tym Niemcom. Następnego dnia Niemcy, za obiecane im krowę, jałówkę i świnię, zgodzili się wysłać z Łokacz do mojego domu patrol policji niemieckiej, który będzie mnie i grupę moich znajomych ochraniał przy pochówku wymordowanej mojej rodziny. W pokoju podłoga była we krwi. Nie mogliśmy odnaleźć zwłok. Sąsiad Ukrainiec powiedział, że ciała pomordowanych leżą w gnojowniku, zamaskowane gnojem i słomą. Wszystkie ofiary miały rany postrzałowe z tyłu głowy i w plecach. Odnalazłem swojego ojca w polu. Był zszokowany, stracił na bardzo długi czas mowę. Widział z oddali, z pola, jak banderowcy otaczają nasz dom, słyszał strzały, widział, jak uciekam. Zabraliśmy ciała pomordowanych moich bliskich oraz odzież, którą przezornie zakopaliśmy wcześniej w skrzyni na polu, i opuściłem na zawsze swoje gniazdo rodzinne”.

Miasteczko Kisielin, pow. Horochów: „Nazajutrz po zbrodni Ukraińcy oświadczyli, że zabicie ludzi w Kisielinie było pomyłką, a bliscy mogą wykopać ciała i pochować je osobno. Były to powszechnie stosowane działania dezinformujące, mające na celu uspokojenie nastrojów i powrót ocalałych z pogromu do swoich domostw, aby w niedalekiej przyszłości spróbować ponownie ich unicestwić. W pobliżu kościoła znajdowały się dwa doły po wapnie. Oczyszczono je i złożono w nich najpierw ciała zalegające po miasteczku, następnie te z grobu w parku dworskim. Pochówki trwały do środy. W czwartek z Adamówki do Kisielina wybrali się rodzice Antoniego Badzio, jednej z ofiar rzezi. Przechodząc przez wioskę Twerdynie, dwie kobiety ukraińskie ostrzegły małżeństwo, że za chwilę Adamówka będzie zaatakowana przez upowców, i przymusiły Badziów do powrotu. Z Twerdyń wyszło jeszcze jedno ostrzeżenie za sprawą Ukraińca, który, aby zbliżyć się do Adamówki, załadował dla niepoznaki furę niewielką ilością obornika i wyjechał w kierunku polskiej wioski. Po drodze spotkał Polaka o nazwisku Fekner, który, będąc załamanym psychicznie po stracie swoich bliskich, przyjął ostrzeżenie obojętnie. Badziowie jednak pospiesznie zawiadomili najbliższych sąsiadów (Królów, Miturów, Jędruszczaków i Pałków) o grożącym niebezpieczeństwie. Mały Henryk przyszedł w tym czasie do domu z pastwiska na śniadanie. Natychmiast otrzymał polecenie, aby ostrzec swojego brata i kuzyna Tadeusza Kucharczyka, którzy przebywali na łące. Gdy ponownie wracał do domu, widział już wchodzących do wioski bandytów. Był również świadkiem schwytania rodziny Malinowskich – Heleny Malinowskiej z synami Januszem i Henrykiem oraz ich dziadkiem Walentym Czemerysem. Wszyscy oni zostali bestialsko zamordowani. Ocalała głowa rodziny, Władysław Malinowski, później został członkiem samoobrony w Zasmykach. Szukał on ukojenia swojego bólu w zemście. Na początku z kolegą, później samotnie, robił wypady na Ukraińców, których podejrzewał o przynależność do banderowców, i likwidował ich.”

Kolonia Adamówka, pow. Kowel: „Po zbrodni w Adamówce, tak jak w Kisielinie, Ukraińcy wprowadzali zamęt. Rozgłaszali, że pogromu dokonał nieznany oddział przez pomyłkę. Zachęcali mieszkańców do powrotu do swoich domów i zbierania zboża. Niektórzy z ocalonych dali się zwieść tym wyjaśnieniom i zostali zamordowani podczas następnego napadu, 28 sierpnia 1943 r.”

„11 VII 1943 r. Ukraińcy napadli na kościół w Porycku. Podczas >>Gloria<< padły pierwsze strzały do księdza Bolesława Szawłowskiego i wiernych. Pozornie byli to Niemcy (przebrani), ale później dały się słyszeć nawoływania: Dawaj sołomu! [Dawaj słomę!], po czym podpalono kościół, żeby zatrzeć ślady swej okropnej zbrodni. Około trzystu ludzi wtedy zginęło, a uratowało się około dwudziestu osób w podziemiach kościoła, gdzie pochowano rodzinę Czackich” – relacjonowała Jadwiga Krajewska, świadek tragicznych wydarzeń podczas tzw. Krwawej Niedzieli na Wołyniu.

„W kościele – czytamy w relacji Krajewskiej – byłam z siostrą, mama została w domu. Ocalałyśmy dzięki Opatrzności Bożej, bo leżałam na granacie i on nie wybuchł, a gdy posłyszałam, że chodzą po kościele i mówią: O, toj szcze żywyj! [O, ten jeszcze żywy!], to szybko jakąś czapkę umoczoną w ciepłej, lepkiej krwi potarłam sobie i siostrze twarz i udawałyśmy trupy. Raz tylko podniosłam trochę głowę, to widziałam idące „żywe trupy”: wyrwana ręka, brak części twarzy. Ponieważ dym bardzo dusił, ludzie uciekali, ale seria z karabinów maszynowych przerwała ich cierpienie. Pamiętam taką panienkę Józię Filipowicz z Barbarówki, całą ociekającą krwią. Krzyczeli Ukraińcy: Wychody, chto żywyj! [Wychodzić, kto żywy!], po to, by w drzwiach zabijać”.

Wyczytane ze strony ukraińskiej. Autor: Wołodymyr Łukaniuk

W lutym 1943 roku wołyńskie kierownictwo obwodowe OUN(b) pod przewodnictwem Dmytra Klaczkiwskiego podjęło decyzję o wydaleniu Polaków z Wołynia. Początkowo działania te skierowane były przeciwko Polakom służącym administracji niemieckiej, ale od połowy marca rozszerzyły się na ludność cywilną. Aktywne działania oddziałów UPA przeciwko Polakom na Wołyniu rozpoczęły się w czerwcu 1943 roku i osiągnęły apogeum 11 lipca 1943 roku, kiedy to doszło do ataków na wsie, osiedla i gospodarstwa (według danych polskich – ponad sto, według danych ukraińskich – 12) w powiatach kowelskim, horochowskim i włodzimierskim, zamieszkałych przez Polaków i rodziny mieszane, gdzie zamordowano Polaków (według danych polskich – kilka tysięcy), w tym dzieci, kobiety i osoby starsze.

Zaniżanie liczby pomordowanych i spalonych wsi to typowe kłamstwo ukraińskie. Moja Mama napisała wyraźnie: „Groźna fala rzezi miała miejsce w 167 miejscowościach Wołynia”.

Stanisław Żurek podaje: „Łącznie w dniu 11 lipca morderstwa dokonane przez Ukraińców na Polakach objęły ponad 160 miejscowości”.

IPN pisze o 99 miejscowościach.

Przeczytaj:

„Sąsiedzi” Jacka Międlara najczęściej oglądanym filmem dokumentalnym na Prime Video w Polsce. Będzie dostępny w kilkudziesięciu krajach!

```html

Druga część „Genocidum atrox” filmu dokumentalnego Jacka Międlara „Sąsiedzi. Ostatni Świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”.

Wspieraj pracę autora

```

Może ci się spodobać również Więcej od autora

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.