Zygmunt Jan Rumel – poeta, żołnierz Batalionów Chłopskich i emisariusz Polskiego Państwa Podziemnego
„Był to jeden z diamentów, którym strzelano do wroga. Diament ten mógł zabłysnąć pierwszorzędnym blaskiem”, a nie zabłysnął, bo żył zaledwie 28 lat. Mimo to zdołał zapisać się w pamięci potomnych jako postać nietuzinkowa i nad wiek dojrzała. Był wychowankiem doskonałego Liceum Krzemienieckiego, gdzie nasiąkał literaturą, patriotyzmem i społecznym zaangażowaniem. Jako działacz Wołyńskiego Związku Młodzieży Wiejskiej poprzez oświatę i kulturę usiłował związać młodych Ukraińców z państwem polskim, zachęcał ich do integrowania się z polskimi sąsiadami. Był lubiany. Błyskawicznie zjednywał sobie ludzi szerokim uśmiechem.
Dom rodzinny niedaleko Wiśniowca, jako fundament polskości, ukształtował jego wielki patriotyzm i wrażliwość na drugiego człowieka. Jego matka, Janina z Tymińskich, była artystyczną duszą, pisała wiersze i przyozdabiała stół kwiatami z bibuły.
Jego wiersze były wierszami młodego człowieka, poszukującego jeszcze swej drogi w poezji. Widać tu wpływy poetów ówczesnych: Leśmiana, Lechonia, Tuwima. Z dawnych poetów największy wpływ wywierał na Rumla Słowacki – być może poprzez krzemienieckie koneksje. W wierszach było miejsce na miłość, ludzkie smutki i radości.
Zygmunt Jan Rumel ożenił się w 1941 r. z Anną Kingą z Wójcikiewiczów, urodzoną w 1911 roku, która również była poetką. Mieszkali razem we wsi Wólka Sadowska na Wołyniu. Wieś leżała nad jeziorem, otoczonym lasami. Praca konspiracyjna zmuszała jednak do nieustannych wędrówek, przeważnie pieszych. Zdobycie roweru ułatwiło poruszanie się po rozległych obszarach działania.
Na wieczorach poetyckich w domach przyjaciół Rumel odczytywał swoje nowe wiersze. Jego żona opowiadała:
„Na jednym z wieczorów obecny tam poeta Leopold Staff podszedł do mnie i powiedział: «Niech pani chroni tego chłopca – to będzie wielki poeta». I był, ale krótko”.
Przeczucie śmierci lęgło się wcześnie w chłopcach tego pokolenia, ale tylko Zygmunt Rumel mógł nadać mu poetycką barwę.
Na śmierć poety
…A kiedy go z wami nie będzie –
Usypcie mu kurhan stepowy –
Aby słyszał, jak burzan pieśń gędzie
I wiatr stepem przewala się płowy…
„Nasza pierwsza zima na Wołyniu, w 1942 roku – wspomina pani Anna Rumlowa – była wyjątkowo ostra. Jeszcze w marcu trzymały mrozy. Mieszkaliśmy w izbie, gdzie podłoga była z gliny, a trzy ściany szczytowe… Nocą, po wygaśnięciu piecyka, tzw. kozy, izba przemieniała się w komnatę «Królowej Śniegu»… Odkrywałam wtedy w Zygmuncie wspaniałe poczucie humoru na co dzień i niezmąconą pogodę ducha, która nie opuszczała go w najbardziej dramatycznych momentach. Wstawał bardzo wcześnie, o piątej rano. Były to jedyne godziny przeznaczone na pisanie – oczywiście, jeżeli mógł pozostać w domu.”

Kazimierz Banach opowiadał:
„Jesienią 1941 roku Rumel, na zlecenie członka Komendy Głównej BCh, wyjechał na Wołyń, aby zorientować się w tamtejszej sytuacji. W ciągu paru miesięcy nawiązał kontakty z działaczami Wołyńskiego Związku Młodzieży Wiejskiej, a przez nich ze środowiskami miejskimi i kolejarskimi. Ustalił też pierwsze przejścia przez ostro strzeżoną granicę na Bugu. Na podstawie jego sprawozdania kierownictwo «ROCh» i Komenda Główna BCh powzięły decyzję o rozpoczęciu pracy konspiracyjnej na Wołyniu. W listopadzie 1941 roku – cytuję nadal relację Banacha – na Wołyń wyjeżdża kilkanaście osób. Zorganizowana została stała łączność między Centralą a Wołyniem, z głównymi punktami przerzutów w Chełmie. W pierwszych dniach stycznia 1943 roku we wsi Granatów, pow. Horochów, odbyło się spotkanie kierowników pracy ruchu ludowego na Wołyniu z udziałem pełnomocnika kierownictwa «ROCh» i BCh. Powołana została Komenda Okręgu VIII (Wołyń) oraz komendy obwodów. Komendantem Okręgu został właśnie Zygmunt Rumel. Rozpoczęła się intensywna praca. Polegała ona na organizowaniu i umacnianiu baz samoobrony, oddziałów partyzanckich, na gromadzeniu broni i żywności oraz wytyczaniu szlaków łączności i kolportażu. Docierano do ludności ukraińskiej, aby przeciwdziałać zbrodniom UPA, mordującej wspólnie z hitlerowcami Polaków i ukraińskich patriotów”.
Był pełnomocnikiem Delegatury Rządu RP na Wołyń. Pojechał na rozmowy z upowcami, nie przeczuwając, że oni nie umieją rozmawiać. Rozumieją tylko: „Bery kosu, bery niż i na Lacha…”.
We wsi Kustycze, pow. Kowel, został zamordowany, a wraz z nim przedstawiciel AK por. Krzysztof Markiewicz oraz ich woźnica Witold Dobrowolski. Toczyli oni rozmowy z dowództwem UPA we wsi Wołczak, pow. Włodzimierz Wołyński. Założony cel delegacji polskiej był otwarty i jednoznaczny – doprowadzenie do zaprzestania mordów i eksterminacji ludności polskiej dokonywanych przez OUN-UPA, jak również rozważenie możliwości porozumienia strony polskiej i ukraińskiej we wspólnej walce przeciw Niemcom hitlerowskim. Polskich parlamentariuszy banderowcy rozerwali końmi, a ich ciała poćwiartowali.
Fragment książki Henryka Katy Wojenne wichry:
„9 lipca 1943 roku wieczorem, w punkcie kontaktowym w Budach Ossowskich, por. Zygmunt Rumel, ppor. Krzysztof Markiewicz, plut. pchor. Wacław Kopczyński – mieszkaniec Bud Ossowskich – oraz Antoni Kazimierski, mieszkaniec kolonii Brodyszcze, ustalili, że następnego dnia, tj. 10 lipca, wymienieni oficerowie: Rumel i Markiewicz, na polecenie Delegata Rządu w Londynie Kazimierza Banacha «Linowskiego», pojadą jako delegacja na pertraktacje z przedstawicielami strony ukraińskiej.
Założony cel delegacji polskiej był otwarty i jednoznaczny – zaprzestanie mordów i eksterminacji ludności polskiej dokonywanych przez OUN-UPA, jak też rozważenie możliwości porozumienia strony polskiej i ukraińskiej we wspólnej walce przeciw Niemcom hitlerowskim.
Delegaci: Zygmunt Rumel i Krzysztof Markiewicz mieli pojechać w pełnym umundurowaniu oficerów polskich na zaplanowane rozmowy do Kustycz. Powozić końmi miał Witold Dobrowolski, mieszkaniec Kowalówki, sąsiadującej z kolonią Antoniego Kazimierskiego, u którego wymienieni oficerowie zatrzymali się na noc.
W noc z 9 na 10 lipca oficerów ubezpieczali Antoni i Henryk Kata z bronią krótką. Zgodnie z ustaleniami wraz z bratem Antkiem ubezpieczaliśmy delegatów przez całą noc aż do godziny siódmej rano, do chwili ich wyjazdu z Witoldem Dobrowolskim.
Tego samego dnia rano mój brat Władysław z Wacławem Kopczyńskim, ps. «Sokół», pojechali w sprawach organizacyjnych do Włodzimierza Wołyńskiego i Uściługa nad Bugiem. Już po południu do punktu kontaktowego w Uściługu dotarła wiadomość, że dwaj oficerowie polscy i furman zostali bestialsko zamordowani w Kustyczach przez OUN-UPA. Byli to por. Rumel, ppor. Markiewicz oraz powożący końmi Witold Dobrowolski.
Wiadomość o zamordowaniu naszej delegacji przez OUN-UPA w Kustyczach była szokująca. To było coś jak z czasów Dżyngis-Chana. Przestaliśmy mieć nawet nikłą nadzieję, że będziemy mogli połączyć się z Ukraińcami we wspólnej walce przeciw jedynemu wrogowi, jakim był wówczas faszyzm, a jeśli już nie, to przynajmniej współistnieć, zamiast się wzajemnie wyniszczać, z czego czerpali korzyść zarówno faszyści, jak i komuniści”.
Razem z Zygmuntem Rumlem pojechał Krzysztof Markiewicz, ponieważ znał osobiście z czasów szkolnych komendanta Służby Bezpieczeństwa UPA w tym rejonie – Teodora Szabaturę, byłego komendanta policji ukraińskiej w Kowlu, który zbiegł z całym batalionem schutzmanów do UPA. Szabatura był absolwentem hitlerowskiej szkoły policyjnej w Trawnikach koło Lublina. Po wojnie, występując pod przybranym nazwiskiem, był szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Szprotawie na Dolnym Śląsku.
Na stronie ukraińskiej Oleg Gerczikow napisał:
„Zygmunt Jan Rumel i Krzysztof Markiewicz, wysłani na negocjacje, zostali zabici po pobiciach i brutalnych torturach. Jeszcze żyjących przywiązano do końskich ogonów i rozszarpano na strzępy. Jednocześnie niektórzy ukraińscy historycy nazywają masakrę dokonaną przez banderowców «środkami zapobiegawczymi», mającymi na celu zapobieżenie rzekomo zbliżającemu się atakowi Polaków na bazy ukraińskich nacjonalistów”.
Żona czekała na jego powrót przez wiele lat, zanim dowiedziała się o jego śmierci. Żywotność, energia i pogoda ducha Zygmunta Rumla sprawiły, że najbliżsi długo nie mogli uwierzyć, iż nie żyje.
Anna Rumlowa uchroniła przed zniszczeniem rękopisy wierszy, które pisał od wczesnej młodości. Przeniosła je nawet przez Powstanie Warszawskie, w którym była sanitariuszką.
Doczekała końca wojny i nie wyszła ponownie za mąż. Po wojnie przez dziesięć lat była aktorką Teatru Wybrzeże w Gdańsku. W 1970 r. doprowadziła do wydania tomiku poezji Zygmunta Jana Rumla. Anna Rumlowa zmarła 25 grudnia 1990 r. i spoczęła na Starych Powązkach.


