R. Kurski: Hydrolodzy ostrzegają przed suszą stulecia

2

Hydrolodzy nie mają najmniejszych wątpliwości, że zwłaszcza Polsce grozi realny kataklizm. Klęska żywiołowa, spowodowana suszą. Na ile te prognozy są realne, a na ile przesadzone, lub nie prawdziwe i zmanipulowane?

Siadając do pisania niniejszego artykułu uświadomiłem sobie, że jakiś czas temu moja ulubiona stacja telewizyjna zdjęła z anteny krótki program o bardzo wymownej nazwie „Raport smogowy”, który od jakiegoś czasu był emitowany tuż po wieczornym wydaniu „Faktów”. Zaintrygowany, postanowiłem więc sprawdzić, czy aby problem smogu zniknął na dobre wraz z programem i zimową porą roku, której – ów smog – zdaniem wielu „ekologów bijących na alarm” był nieodłącznym elementem. Ku własnemu zdziwieniu udało mi się dokopać do danych, z których wynika, że smogu mamy prawie dwa razy więcej niż podczas zimy, kiedy straż miejska przy pomocy antysmogowych dronów, pod groźbą surowych sankcji finansowych weryfikowała czy ogrzewający się obywatele nie palą w piecach kapciami. Co więcej, przy okazji tak zwanej pandemii koronawirusa okazało się również, że smogowi nie są winni kierowcy, tkwiący całe dnie w miejskich korkach, ani nawet samoloty, które jeszcze niedawno były solą w oku każdego zielonego aktywisty. Natężenie ruchu drogowego spadło prawie o 50%, ruch lotniczy został niemal wstrzymany, a mimo to, smogu mamy dwa razy więcej niż w poprzednich miesiącach, a więc przed zamrożeniem gospodarek. Zrozumiałem natychmiast, że program zdjęto, aby odbiorca nie doznał dysonansu poznawczego, który mógłby spowodować w nim nieporządne przez wiadome środowiska i ich wiadome autorytety – procesy myślowe wśród społeczeństwa. Jestem jednak dziwnie spokojny, że smogowy raport i ekolodzy bijący na alarm powrócą późną jesienią, wraz z sezonem grzewczym, a więc kiedy smogu znowu będzie o połowę mniej, niż obecnie.

Nic więc dziwnego, że przeciętny Polak, który nie poddał się ekoterroryzmowi, dostrzegając oczywiste manipulacje natychmiast się wzdryga i węszy spisek za każdym razem, kiedy tylko jakiś ekolog otworzy usta. Niby widzimy niemal wyschnięta Wisłę, ale kiedy na jej tle wypowiada się ekolog, to odruchowo zastanawiamy się, czy nie wysłał go do nas George Soros, Bill Gates lub jakiś inny filantrop, sypiący z rękawa pomysłami jak świat ulepszyć i naprawić to, co zepsuł najgorszy z możliwych nowotworów tej planety, czyli człowiek. Z ludzkiej przezorności może nam również przyjść na myśl, że cała debata wokół suszy to kolejny szwindel handlującej limitami emisji dwutlenku węgla Komisji Europejskiej, gotowej nałożyć na nas opłatę za każdy metr sześcienny deszczówki, która spadnie na nasze podwórko. Tego z całą pewnością wykluczyć nie możemy. Dawno już pogodziliśmy się z procederem handlu powietrzem na międzynarodową skalę, na co koncesję mają wyłącznie unijne organy i od przeszło kilku lat robią z niej użytek. Bez względu na intencje i częste kontrowersje, wynikające z niejasnych powiązań między dziesiątkami fundacji nowojorskich spekulantów walutowych, a organami unii europejskiej i pozarządowymi organizacjami zrzeszającymi bez mała wszystkich ekologów – jednego możemy być pewni. Jesteśmy świadkami zmian klimatycznych, zachodzących cyklicznie, co kilkaset lat, na które człowiek wpływu nie miał, nie ma i wątpliwe, aby miał w niedalekiej przyszłości. Sam fakt, że procesy te wykorzystują pewne środowiska do swoich plemiennych interesów nie oznacza jednak, że procesy te nie istnieją, lub że należy je bagatelizować. Fachowców w swej dziedzinie należy słuchać bardzo uważnie, choćby nawet skorumpowanych ekologów. Jednak wnioski należy budować samodzielnie, bez pomocy ekologów i autorytetów.

Z początkiem tej wiosny uaktywnili się hydrolodzy, bijący równie głośno co ekolodzy – na ostatni alarm. Na suszę narzekają także rolnicy, przewidujący w tym roku nadzwyczajnie niską płodność rolną w całej Polsce. Jako najważniejszą przyczynę najczęściej wskazuje się brak śniegów, co w ostatnich latach stało się regułą, a nie od niej wyjątkiem. Topniejący śnieg pełnił bardzo ważną funkcję w gospodarce wodnej Polski, zwiększając poziom rzek i nawadniając pola na całą wiosnę. Za kolejną przyczynę uchodzi zmiana charakterystyki opadów. W Polsce, zamiast dłuższych, częstszych i mniej intensywnych opadów, które mogą być absorbowane przez grunty, występują niemal wyłącznie krótkie, punktowe, ulewne deszcze, które nie rzadko występują raz w miesiącu, w ilości odpowiadającej miesięcznej normie. Niestety, spływają do rowów melioracyjnych, budowanych na okoliczności powodzi, odprowadzających nadmiar wody do rzek, które wpływają prosto do Bałtyku. Na system gospodarki wodnej wpływ ma także wysuszanie bagien i torfowisk, drenowanie i odprowadzanie wód podziemnych do rzek, zamiast do wykopanych wcześniej zbiorników retencyjnych, o budowie których władza w Polsce boi się pomyśleć. Zasobność Polski w wodę jest porównywalna do krajów afrykańskich. W skali roku wynosi 1600 metrów sześciennych na obywatela, podczas gdy w Europie średnia to 4000. System retencji, a więc magazynowania wody słodkiej w Polsce praktycznie nie istnieje, bardziej rozwinięte są w krajach trzeciego świata, między innymi w Egipcie.

Dlaczego więc rząd obecny, ani żaden poprzedni nie słucha tych hydrologów i nie buduje zbiorników wodnych – zapyta ktoś naiwnie. A no właśnie dlatego, że na ich budowę nie pozwalają ci sami, bijący na alarm ekolodzy. Plany budowy systemów melioracji i retencji wód rzecznych i gruntowych były. Ilekroć wskazywano ich przyszłą lokalizację, tylekroć jacyś zieloni aktywiści wystosowywali pisemne skargi do ministerstwa środowiska i odpowiednich instytucji europejskich. Okazuje się, że Wisła jest jedyną dużą, dziką rzeką w całej Europie, w związku z czym, jak Wisła długa – niemal wszystkie przylegające jej okolice od Krakowa, do samego Gdańska wpisana zostały do programu „Natura 2000”. Program ten w teorii obejmuje sieci obszarów objętych ochroną przyrody na terytorium Unii Europejskiej. A jego celem jest zachowanie określonych typów siedlisk przyrodniczych oraz gatunków, które uważane są za cenne i zagrożone w skali całej Europy. Jednak w praktyce, tego typu programy służą blokowaniu wszelkich lukratywnych inwestycji ze szczególnym naciskiem na te, których działalność może zachwiać monopol niemieckich i francuskich koncernów w jakiejś konkretnej branży. Czy nam się podoba, czy też nie – nie możemy wybudować żadnych systemów retencyjnych bez zgody Berlina, lub bez pogwałcenia międzynarodowych traktatów, do których przestrzegania sami się zobowiązaliśmy. Bez względu na przyczyny i trudną do oszacowania skalę zagrożenia, jeśli rząd nie przedsięwzięć konkretnych środków zapobiegawczych suszę w pierwszej kolejności odczują małe, lokalne gospodarstwa rolne, liczące do 5 hektarów – tych mamy około pół miliona. Jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że jeśli w dłuższej perspektywie nie podejmiemy żadnych działań – suszę może odczuć każdy, kto spróbuje odkręcić wodę w kranie.

Przeczytaj także:

R. Kurski: Czy można suwerennie rządzić Polską?

Może ci się spodobać również Więcej od autora

% Komentarze

  1. Markusl mówi

    W zasadzie to przecietny czlowiek dzisiaj ma taki poziom wiedzy o otaczajacym swiecie jak Egipcjanin 2000 lat temu. Pomimo wszystkich studiow i ” szkol wysokich” bez najmniejszego problemu oglupiany jest legenda o „klontwie Kononowicza” Konon19″, wojna z klimatem, lub totalna susza. Wladza ma oczywiscie jeden jedyny sposob- podniesc drastycznie koszty zycia ! I czymze to sie rozni od Egiptu ? Chyba jedynie tym ze tamtejsi kaplani musieli jednak posiadac jakas wiedze, bo gdyby zacmienie nie nastapilo to „ciemny lud” przestal by wierzyc. Dzisiaj wystarczy samo straszenie a pozyteczni… sami pozamykaja sie w piwnicach i zrezygnuja ze wszystkiego…

  2. piotr mówi

    jembać unię, ekologów i robić swoje a jak zaczna podskakiwać to wp… dol jak u niemców

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.