Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zbrodnia w Budach Ossowskich – Wołyń, 30 sierpnia 1943 r.

0

Budy Ossowskie były oddalone od Zasmyk o 25 km w linii prostej. W odróżnieniu od Zasmyk w Budach Ossowskich nie utworzono własnej placówki samoobrony. Mimo wcześniejszych pojedynczych mordów i ostrzeżeń wielu mieszkańców obawiało się opuszczenia swoich domów i ucieczki do bezpieczniejszych Zasmyk. Po pierwszych napadach na Polaków na Wołyniu w 1943 r. w Budach Ossowskich samoobronę próbował bezskutecznie zorganizować por. Władysław Czermiński „Jastrząb”. Przeciwstawili się temu mieszkańcy wsi, uważając, że zostanie to odczytane przez Ukraińców jako prowokacja.

Henryk Kata w książce „Wojenne wichry”, która opiera się na osobistych wspomnieniach i relacjach z okresu rzezi wołyńskiej, napisał:

SKLEP-WPRAWO.PL

„Po krótkich relacjach i szokujących wiadomościach, w atmosferze podenerwowania i niepokoju bracia Władysław i Antoni jeszcze tego samego dnia udali się do Bud Ossowskich w celu zorganizowania samoobrony, zanim nie zostaną bezpośrednio zaatakowane przez rezunów z UPA. Próbowali namawiać ludzi do obrony, ale nawet te straszne wiadomości nie przekonały mieszkańców Bud o takiej potrzebie. (…) Zaskakująca była bierność ludzi nieuświadomionych, nierozumiejących potrzeby organizowania się w samoobronę przed niechybną śmiercią. (…) Bierna postawa naszej społeczności w kwestii obrony skłoniła nas do opuszczenia wszystkiego, co posiadaliśmy (…)”.

Do sierpnia 1943 r. w Budach Ossowskich z rąk Ukraińców zginęło 20 osób. Ukraińcy zapewniali, że mordy nastąpiły przez pomyłkę.

WSPARCIE WPRAWO.PL

Wspomina Wacław Gąsiorowski

„Moja rodzina pochodzi z Zasmyk, gmina Lubitów, powiat Kowel. Urodziłem się w 1929 r. (…) W 1943 r., jak zaczęły się rzezie Polaków, matka zachorowała. Pojechałem z nią do lekarza w Budkach Ossowskich, który ją leczył. Miejscowość ta była odległa od Zasmyk o jakieś 25 kilometrów. Przespaliśmy się u jakiegoś gospodarza, znajomego mamy. Nad ranem zostaliśmy obudzeni przez hałas na dworze. Okazało się, że Ukraińcy otoczyli wieś i zaczynają łapać i zbierać Polaków. Wyciągnęli nas na podwórko.

Mamusia nie mogła uciekać. Postanowiłem z nią zostać. Jeden z Ukraińców trzymał mnie za rękę, a trzech położyło matkę na ziemi i zaczęło ją przeżynać! Jak bluznęła krew, mama krzyknęła: «Wacek, uciekaj!». Wyrwałem się tym bandziorom i zacząłem uciekać. Strzelali za mną, ale nie trafili. Twarze ukraińskich morderców, którzy przeżynali mamę piłą, zapamiętałem na całe życie! Wciąż w moich uszach rozbrzmiewa krzyk mordowanej matki. Niektórych ze zbirów zadających jej śmierć w męczarniach rozpoznałem. Jeden z nich, Iwan Rybczuk, żyje jeszcze i mieszka w Gruszówce. To on przeżynał matkę piłą. Po wojnie wpadł w łapy NKWD i odsiedział w łagrze 15 lat. Teraz jest kombatantem i chodzi w aurze bohatera walczącego o wolność Ukrainy. Ma pewnie wiele odznaczeń i dodatek kombatancki.

Ja wtedy przez las uciekłem do Zasmyk. Po jakimś czasie wstąpiłem do oddziału samoobrony. By do niego się dostać, musiałem oszukać «Jastrzębia» i powiedzieć, że jestem starszy. Dzieci bowiem do partyzantki nie przyjmowano. Trafiłem do plutonu, którym dowodził ppor. «Nagiel», czyli Jan Witwicki. Boje z Ukraińcami w obronie mordowanej ludności polskiej musieliśmy toczyć na okrągło. Zdarzało się, że przybywaliśmy za późno, tuż po dokonanej zbrodni. Nie pamiętam, jaka to była wieś, chyba Moczułki. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak «Jastrząb» płacze. A to był twardy żołnierz, który rzadko pokazywał emocje. Widok, jaki tam zastaliśmy, przechodził ludzkie pojęcie. Maleńkie dzieci powbijane na kołki w płocie. Kobiety leżały na podwórku z rozprutymi brzuchami. Jedna z nich była w ciąży. Wyrwany z jej brzucha płód leżał obok niej. Wszyscy mężczyźni mieli odrąbane siekierami głowy. Wszyscy zastanawiali się, jak można się posunąć do takiego zwyrodnialstwa”.

Wspomina Jan Remiszewski ps. „Kajus” z 27. Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej

„30 sierpnia 1943 r., a był to poniedziałek rano, przybiegła do nas sąsiadka Jędrzejewska z osiemnastoletnią córką Zosią, płaczą, mówią, że dzisiaj będą mordować Lachów w Budach Ossowskich. Mama moja w krzyk: «Uciekajmy! Janek, uciekaj!» i pobiegły w stronę wsi. Już było słychać strzały od strony Wołczaka, wybiegłem więc na pole. Mordercy byli blisko, strzelają, zrozumiałem, że nie zdążę uciec. Pobiegłem z powrotem na podwórze, a tam sąsiad, Remiszewski Władysław, pyta mnie, co robić. A ja bez namysłu krzyczę: «Do stodoły!». Wbiegliśmy na klepisko, zamknąłem drzwi od wewnątrz, potem wdrapałem się na sąsiek pod samą strzechę i przykryłem snopem zboża. Sąsiad wszedł na drugi sąsiek i w tej chwili rozległy się dwa strzały u Uleryka. Za chwilę słyszę wielki łomot w moim domu – szukają. Z przerażeniem zrozumiałem swój błąd, bo przecież zamknąłem drzwi od wewnątrz, a tu też będą szukać.

Nagle rozległ się głośny, przerażający krzyk z kierunku domu Jędrzejewskich, gdzie mieszkała moja siostra Kazimiera z mężem Bolesławem Jędrzejewskim. Była wysoko w ciąży, ukrywali Żyda. Żyd ocalał i widział z ukrycia, że gdy banderowiec wchodził do mieszkania, Kazia skoczyła do okna, otworzyła je i w tym momencie banderowiec przebił ją bagnetem – ten krzyk to był krzyk Kazi. Strzały się oddalały, potem usłyszeliśmy rozmowy na podwórzu. Zaczęli szarpać wrota, dopiero za trzecim razem im się udało.

Cichutko modliłem się, żeby nie torturowali, bo wcześniej dwóm Zymonom złapanym nad rzeką Turią wyłupili oczy, obcięli języki i zostawili na mękę. Ukraińcy weszli na klepisko i jeden z nich mówi: «Może w połownyku schowawsia?» [Może schował się w sąsieku?]. Drugi mówi: «On wże dawno wtik» [On już dawno uciekł], ale słyszę, że wchodzi po drabinie na mój sąsiek. I w tym momencie zasnąłem ze strachu – rzecz kompletnie nie do wiary. Sąsiad obudził mnie, gdy już się ściemniało, i wyznał, że się bał, bo chrapałem. Nie szukali nas, odeszli, nie palili obejścia, bo mieli gotowy chleb, świnie na mięso, krowy na mleko – wszystko tylko brać! Ze schronu wziąłem suchary z chleba i ostrożnie poszliśmy do lasu. Słyszeliśmy ryk krów, rżenie koni i z Wołczaku śpiew pijanych «bohaterów» hieroja Stepana Bandery. Po czterech dniach sucharów już nie było, byliśmy głodni.

Władysław Remiszewski ostrożnie obudził w nocy wdowę Szulakiewicz, Ukrainkę, a wtedy nakarmiła nas i powiedziała, że ukrywa Mikulskiego z Dominopola. Następnej nocy postanowiliśmy, że idziemy do Włodzimierza. Prowadził Mikulski, bo znał teren. Przeszliśmy przez rzekę Turię, omijaliśmy ukraińskie wioski i nad ranem byliśmy już we Włodzimierzu”.

Jan Remiszewski wspominał o brutalności żołnierzy. Nacjonaliści ukraińscy nie zbierali wszystkich w jednym miejscu, tak jak to się zazwyczaj odbywało. Po prostu szli i do uciekających strzelali, dzieci i starszych zabijali bagnetami lub kolbami karabinów, a ciężko rannych zostawiali na śmierć. W relacji Remiszewskiego znajduje się bardzo drastyczne zdarzenie, gdy żołnierz UPA wbił dziecko na bagnet i podniósł je do góry, gdy jeszcze się ruszało, a następnie wołał: „To polski Orzeł!”.

Szacuje się, że we wsi Budy Ossowskie zamordowano 289 osób. Oddział 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej por. Władysława Czermińskiego ps. „Jastrząb” wkroczył do tej wsi 5 września i zastał już wówczas spalone budynki, rozkładające się zwłoki porozrzucane po całej wsi, a w studniach potopione dzieci. Tych, którym udało się przeżyć, oddział zabrał ze sobą do wsi Zasmyki.

„Ja przeważnie byłem pozostawiany z plutonem na osłonę Zasmyk, choć uczestniczyłem też w pochodach oddziału. «Jastrząb» nie stał zbyt długo w jednym rejonie, ale krążył po terenie, starając się uprzedzić ruchy Ukraińców. Co rusz pokazywał się w nowym miejscu, starając się stworzyć wrażenie, że w okolicy działa nie jeden, ale kilka dużych polskich oddziałów. Boje z Ukraińcami w obronie mordowanej ludności polskiej musieliśmy toczyć na okrągło”.

Dawna sąsiadka moich dziadków, Felicja Komorowska, wymknęła się z zabudowań z innymi mieszkańcami, lecz uratowała się jako jedna z niewielu. Uciekający Polacy czołgali się po ziemniaczanych bruzdach, a ona weszła w środek dużego krzewu. W tym czasie rozwścieczeni Ukraińcy mordowali każdego, kogo dopadli w tych kartoflach. Widłami zahaczyli o krzew, lecz pobiegli dalej. Przerażone dzieci zachowywały się cicho. Jak się później okazało, Felicja Komorowska siedziała z dziećmi na mrowisku otoczonym krzewami. Dotarli do Zasmyk opuchnięci i pokaleczeni gałęziami.

```html

Druga część „Genocidum atrox” filmu dokumentalnego Jacka Międlara „Sąsiedzi. Ostatni Świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”.

Wspieraj pracę autora

```

Może ci się spodobać również Więcej od autora

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.