Postaw mi kawę na buycoffee.to

D. Wojciechowska: Moja mama na Wołyniu po 50 latach

0

W 1992 r. z liczną grupą kombatantów Mama zdecydowała się jechać na Wołyń. Trasa wiodła szlakiem walk 27. Wołyńskiej Dywizji AK. To było ogromne przeżycie, bowiem od kresowej przeszłości nie sposób było uciec.

W dniu 9 czerwca wyjechali autokarami z Chełma Lubelskiego w kierunku Dubienki i Zosina. Wjechali na most i po kontroli dokumentów ruszyli w dalszą drogę.

SKLEP-WPRAWO.PL

Mijali wsie. Przy małych domach nie było budynków inwentarskich, jakie miały gospodarstwa indywidualnych rolników w Polsce. Widać było natomiast inwestycje charakterystyczne dla spółdzielczych lub państwowych gospodarstw rolnych oraz dużo sprzętu rolniczego, nie zawsze odpowiednio przechowywanego. Gdzieniegdzie widać było nowe domy. Wołyń został zelektryfikowany.

Przed nimi, w oddali, historyczne miasto — stary, tysiącletni Włodzimierz Wołyński. Minęli koszary przedwojennego 23. Pułku Piechoty i wjechali na szosę Włodzimierz–Kowel. Posuwali się w kierunku kompleksów lasów świniarzyńskiego i lityńskiego. Minęli Czernijów, Kupiczów, Lityń i zatrzymali się w Zasmykach przed cmentarzem-pomnikiem.

WSPARCIE WPRAWO.PL

W wyniku nawiązania kontaktów przez środowisko kombatantów, byłych żołnierzy 27. Wołyńskiej Dywizji AK, z przedstawicielami władz w Kowlu i w Białaszewie, strona ukraińska zobowiązała się uporządkować zarośnięty i zdewastowany cmentarz, na którym wyrósł las i pasło się bydło. Prace porządkowe jeszcze trwały: wycięto część drzew, wytyczono główną alejkę. Po lewej stronie cmentarza pozostało kilka pomników z kamienia. Można było na nich odczytać nazwiska dawnych mieszkańców Zasmyk. Do łez wzruszali się ci, którzy odczytywali nazwiska rodziców. Mama niestety nie odnalazła śladu swojego Dziadka i dalszych krewnych.

Po prawej stronie ustawiono w rzędach 86 symbolicznych białych krzyży, bowiem w tym miejscu spoczywają żołnierze 27. Dywizji Wołyńskiej. Program przewidywał złożenie kwiatów, zapalenie zniczy oraz poświęcenie przywiezionej tablicy upamiętniającej miejsce, na którym stał kościół.

Mieszkańcy przyjęli ich serdecznie. Należy pamiętać, iż byli to Ukraińcy przesiedleni z terenów południowo-wschodniej Lubelszczyzny. Miejscowych nacjonalistów po zakończeniu wojny wywieziono w głąb Rosji. Gospodarze przygotowali im smaczny obiad i podali go na stołach ustawionych w lesie obok cmentarza.

Grupa kombatantów pojechała do Zasmyk. Zasmyki były już inną miejscowością niż ta, która istniała w pamięci Mamy. Okolica zupełnie zmieniona, inny świat. Po 50 latach ukształtowała się zupełnie nowa rzeczywistość przestrzenna.

Z dawnych Zasmyk pozostały tylko dwa domy — plebania i szkoła. W dobrym stanie zachowała się ta część, w której było mieszkanie kierownika. Na dużym boisku wyrosły drzewa, krzewy i trawa. Plebania również stoi w otoczeniu drzew. W Zasmykach wybudowano kilka domków przy szosie kowelskiej. Mama próbowała ustalić miejsce zabudowań swojej Babci Weroniki na podstawie dębu z bocianim gniazdem, wierzby stojącej nad dołkiem — obecnie zasypanym — oraz studni z żurawiem. Nie ma jednak sadu, świerków i dróg prowadzących do lasów Dziadka, bo nie ma już tych lasów.

W domku wybudowanym w tym miejscu mieszkały Ukrainki — sądząc po rozmowie, zapewne baptystki lub adwentystki. Zapewniały, że Chrystus po ponownym zejściu na ziemię rozwiąże wszystkie sporne kwestie, jakie istnieją między ludźmi.

Mama uzmysłowiła sobie, iż dobrze się stało, że wojna w swym niesławnym przebiegu przeniosła ją w inny świat i inne życie.

Czas odegrał swoją rolę. Drogi zmieniły kierunek, ścieżki prowadziły do innych miejsc. Nie było alejek obsadzonych nasturcjami, starych świerków, dębów oraz leszczyn, które zapamiętała. Daremnie szukała obrazów przeszłości.

W Kupiczowie grupa kombatantów pospacerowała uliczkami i zrobiła kilka zdjęć na tle kościoła katolickiego, w którym był magazyn zbożowy. Nie odnaleźli Domu Ludowego. Nie było śladu czeskiej społeczności w tym miejscu. W 1947 r. jej członkowie wyemigrowali do swego kraju, a ich miejsce zajęła ludność ukraińska. Cała osada była zaniedbana, jej mieszkańcy nie przywiązywali wagi do małej architektury. Tylko w dawnym kościele ewangelickim jest ładnie utrzymana cerkiew prawosławna. Niedaleko niej stoi na postumencie popiersie Romana Szuchewycza — dowódcy zbrodniczego batalionu „Nachtigall” i głównego atamana UPA, winnego śmierci setek tysięcy Polaków.

Widać było dwie Ukrainy. Z pierwszą była nić porozumienia, w drugiej natomiast dobrze widoczna ręka stawia pomniki zbrodniarzom, nazywa ulice ich imieniem i mitologizuje historię.

W Hołobach zostali mile zaskoczeni serdecznym przyjęciem przez zwyczajnych ludzi w młodym i średnim wieku. Dwie młode, ładne Ukrainki czekały z kołaczem — symbolem gościnności podanym na tacy. Ten kołacz przyjął por. Tadeusz Persz, ps. „Głaz”. Po oficjalnym powitaniu w dużej sali Domu Kultury przedstawiciel miejscowych władz oddał głos przewodniczącej Koła Weteranów Wojny i Pracy. Okolicznościowe przemówienia zawężały się do spraw bieżących. Było to już po uchwale Rady Najwyższej USRR o suwerenności Ukrainy. Z polskiej strony głos zabrał por. „Głaz”, który powiedział: „Żyliśmy na tych ziemiach razem, chodziliśmy do szkół, ale wtargnęła trzecia siła, która tak dotkliwie nas poróżniła. Oczywiście walczyliśmy ze sobą, lecz sąsiadami pozostaniemy zawsze i ten fakt zobowiązuje obie strony”. Mówiło się o indywidualnych kontaktach, przyjaźni, współpracy, wspólnym cierpieniu w różnych okresach historii. To w sumie miało stanowić fundament pojednania. Jednak kruchy to fundament, ponieważ zbudowany na przemilczaniu zbrodni ludobójstwa na Polakach i udawaniu, że nic się nie stało na Kresach Południowo-Wschodnich. Dla strony ukraińskiej problem moralny nie istnieje. Sprawa tragedii Polaków podczas ostatniej wojny była delikatna — tak to Mama odebrała, bo jaka to ta trzecia siła? Dlaczego przynajmniej jednym słowem o niej nie powiedziano? Jeżeli wspominało się, to tylko o wspólnym cierpieniu w różnych okresach historii, a szczególnie podkreślało się ten ostatni — tuż przed powstaniem suwerennej Ukrainy. Słowem: łagodny był język dialogu, oczywiście z polskiej strony. W takiej sytuacji druga strona udawała, że nie wie, co stało się na Wołyniu. Podczas tego spotkania Mama pomyślała o chińskim powiedzeniu: „Obyś żył w czasach przemian”. Skomplikowaną sprawą jest polityka, Mama jej nigdy nie zrozumiała. Starannie przemilcza się fakty, nie mówi, dlaczego mamy się jednać i wybaczać. Takie doraźne zapomnienia do niczego nie prowadzą.

Miejscowy zespół artystyczny w pięknych ludowych strojach śpiewał ukraińskie i polskie piosenki. Atmosfera była serdeczna, towarzystwo rozśpiewane. Śpiew i muzyka łączą ludzi, odwołują się do tego, co w nich dobre. Słuchając tej muzyki i tych śpiewów, Mama zrozumiała tych, którzy pół wieku od tamtych tragicznych czasów odwołują się do chrześcijańskiego aktu przebaczenia, ale gdyby można było jeszcze zapomnieć…

Czas minął szybko, jeszcze było pieczenie kiełbasek w pobliskim lesie. Po pożegnaniu grupa kombatantów odjechała do Kowla.

Następnego dnia droga prowadziła do Lubomla, Jagodzina, Rymacza, Oleska, Sławeczka i Bielina. Odżywały wspomnienia z czasu niezapomnianych walk — tu przechodzili przez tory, tu stali Niemcy, to Rosjanie, tu przepływali przez rzeczkę, tam okopywali się w pierwszy dzień świąt wielkanocnych…

Mama koniecznie chciała jeszcze zobaczyć tory, przez które przechodził jej brat, gdy linię rozświetlały niemieckie rakiety z pociągu pancernego spod Lubomla. Został tam przecież po wsze czasy.

W Rymaczach i Bielinie nie ominęli zbiorowych mogił kilkudziesięciu partyzantów z włodzimierskiego zgrupowania AK „Osnowa”. Grupa zatrzymała się w Olesku, w miejscu, gdzie pochowano poległych żołnierzy Armii Radzieckiej. Na dużej płycie umieszczono ich fotografie. Wśród nich są również żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego. W rejonie Lubomla, Oleska, Stawek i Mosuru walczyli polscy artylerzyści, wspierając piechotę radziecką, która 20 lipca 1944 r. forsowała Bug.

W czasie drugiego wyjazdu na Wołyń, w dniu 13 września 1992 r., Mama brała udział w oficjalnych uroczystościach poświęcenia cmentarza wojennego 27. Wołyńskiej Dywizji AK i kilkuset ofiar banderowskiego terroru. Polską delegację powitali przedstawiciele miejscowych władz w Uściługu. Kilkadziesiąt autokarów, pilotowanych przez policję ukraińską, ruszyło do Zasmyk.

Było to możliwe dzięki przychylności władz Ukrainy i prezydenta Leonida Krawczuka. Ówczesne władze zabroniły „rizunom” przemarszu przez ulice Kijowa, gdy ci przyspieszali obchody 50. rocznicy powstania UPA. Właśnie prezydent Leonid Krawczuk powiedział między innymi: „Nie ukrywamy i nie przemilczamy, w czasie drugiej wojny światowej ukraińscy szowiniści zabili około pół miliona Polaków na Kresach Wschodnich przedwrześniowej Polski. Szowinizm ukraiński to wrzód na zdrowym ciele ukraińskiego narodu”. Za te słowa banderowcy okrzyknęli go zdrajcą — napisał prof. Edward Prus w książce „Kurhany” (BGW, Warszawa 1993, s. 146–147). Realistyczna postawa władz Ukrainy umożliwiła wówczas przeprowadzenie ekshumacji ofiar zbrodni w Ostrówkach Woł. i Woli Ostrowieckiej, gdzie UPA dokonała zbrodni ludobójstwa na 1700 Polakach. W symbolicznym pogrzebie, który odbył się w sierpniu 1992 r. na Wołyniu, uczestniczył wysłannik prezydenta Krawczuka. W 1996 r. odnaleziono trzy zbiorowe mogiły ofiar rzezi w Litynie. Dokonano ekshumacji i szczątki złożono w zbiorowym grobie na cmentarzu w Zasmykach.

Była pogodna niedziela. Na dużym parkingu zbudowanym obok cmentarza w Zasmykach wysiedli kombatanci z rodzinami oraz szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego J. Milewski, wicemarszałek Senatu A. Grześkowiak, biskup polowy L.S. Głódź, generałowie, kompania honorowa WP, orkiestra i zespół wokalny Nadburzańskiego Oddziału Straży Granicznej. Czekał już delegat prezydenta Leonida Krawczuka — W. Błażeńczuk, przedstawiciele władzy lokalnej z Kowla i Łucka, był także ambasador Ukrainy w Polsce T. Starak. Uroczystość rozpoczęła Msza św. celebrowana przez biskupa polowego L.S. Głódzia w otoczeniu duchownych greckokatolickich i prawosławnych. Nikt nie był w stanie ukryć wzruszenia, płonęło coraz więcej zniczy. Na znak pokoju wymieniono uściski dłoni. Salwy oddane przez kompanię honorową zakończyły uroczystość.

W czasie oficjalnych przemówień Mama znowu usłyszała o trzeciej sile winnej tragedii, tylko nie o tej, o której w tym miejscu należałoby powiedzieć. Ale za to usłyszano pocieszający głos Ukraińca — przewodniczącego rady rejonowej, który kończył przemówienie słowami: „Wyrządziliśmy wam wielką krzywdę, przyjaciele Polacy. Wybaczcie nam”. Łza w oku zakręciła się nie tylko Mamie.

Tym razem z dwoma kolegami wyjechała w kierunku Ostrowa i Ośmigowicz. Samochód załatwiono podczas poprzedniego pobytu, pan Miron Beć dotrzymał słowa. Następnym samochodem, tuż za nimi, do majątku w Lityniu wyjechał Krzysztof Sumowski z rodziną. Pamiętał go z dziecięcych lat. Aleja wysadzona starymi drzewami ocalała, doprowadziła do miejsca, na którym stał pałac. Do fundamentu pomógł dokopać się stary Ukrainiec. Był woźnicą w majątku ojca, przywitał ich serdecznie. Na miejscu pałacu Pomorskich, z szosy, widać było szereg białych domów. Na tle starego parku w słońcu lśniły nowe dachy. Dojechali do Ośmigowicz. Pod śliwką usiedli na ławce ze starym Ukraińcem, który doskonale pamiętał, kto tu mieszkał. Kolega Stępkowski szukał miejsca pochówku swego brata, który poległ pod Ośmigowiczami w lutym 1944 r. Z trudem odnaleźli świadków tamtych wydarzeń, ponieważ tę dużą wieś zamieszkiwali Ukraińcy przesiedleni z Hrubieszowskiego. „My tu ne żyły” — powiedzieli. Kombatanci ustalili miejsce zamieszkania trzech 70-latków, dawnych mieszkańców. Jeden udawał wariata, mówił, że nie wie, o co chodzi. Okazało się, że to banderowiec, który „walczył” w tamtych latach. Drugi twierdził, że ewakuował się z rodziną, więc nic nie pamięta. Trzeci, otwarty na wspomnienia, wskazał miejsce, gdzie leżeli trzej polscy partyzanci, których nie zdołano zabrać z pola walki. Pamiętał — zakopano ich przy drodze pod dębem, była wtedy straszna śnieżyca i zimno. Rzecz w tym, iż dąb został ścięty. Koledzy zaprzestali poszukiwań.

Gdy wyjechali z Ośmigowicz, chcieli się cofnąć do kolonii Ostrów, ale nie było już drogi. Samochód wjechał w jakieś bajoro i utknął, a było po deszczu. Mama tylko popatrzyła na ośmigowickie łąki. W dali zobaczyła zbiorową mogiłę pomordowanych Polaków. Miejsce jest ogrodzone płotem pomalowanym na kolor niebieski, pośrodku stoi duży krzyż. Niektórych mieszkańców Aleksandrówki ekshumowano i prochy przywieziono do Polski. Okazało się, że ten krzyż był już ustawiony po wojnie przez Teresę Radziszewską, przewodniczącą zamojskiego zarządu Stowarzyszenia Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu. Cała jej rodzina została wymordowana w kolonii Aleksandrówka, tak jak kilkudziesięciu innych Polaków. Mama sobie to uzmysłowiła i dopadły ją lęki. Pomyślała: „Jezu, my stąd nie wyjedziemy i ten krzyż na łąkach… Oni pojadą i nas zostawią…!”. Jakimś cudem udało się wyciągnąć samochód z tego błota i wjechać na utwardzoną drogę. Mama nie zobaczyła swojej miejscowości ani stawu, nad którym stał jej rodzinny dom na pagórku. Łąki zostały zmeliorowane, nie było już strumyków, trzęsawisk, szuwarów — woda płynie kanałami. Jadąc szosą, z odległości 1,5 km, Mama mogła obejrzeć las ostrowski. Po zabudowaniach nie zostało śladu, tak zresztą jak po pałacach Sumowskich, Pomorskich, dworach Chmielowskich i pani Chojnackiej. W tej okolicy nie ma znaku wielowiekowej polskiej obecności na Kresach, bo nie ma już Kresów.

W Kupiczowie Mama spotkała jedyną Czeszkę, która tu pozostała, panią Marię Kafkową. Przy pożegnaniu powiedziała: „Napiszcie, co zrobili z naszym kościołem”. Mama spytała, czy jest katoliczką. „Tak, oczywiście” — odrzekła Czeszka. „Gdzie wobec tego się pani modli?” — zapytała Mama. „W cerkwi” — odpowiedziała Czeszka. Mama na to: „I dobrze, praktycznie realizuje pani wspaniałą ideę ekumenizmu. Jeden jest Bóg”.

Zdjęcia z opisami do druku pochodzą z książki mojej Mamy „Z Kresów Wschodnich na Zachód”.

Na jednym ze zdjęć: Mama przed kościołem w Kupiczowie.

 

```html

Druga część „Genocidum atrox” filmu dokumentalnego Jacka Międlara „Sąsiedzi. Ostatni Świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”.

Wspieraj pracę autora

```

Może ci się spodobać również Więcej od autora

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.