Ł. Lipiński: Król oszustów
Z książęcej kuchni do Łodzi
Włodzimierz Kopydłowski, bo o nim tu mowa, urodził się w 1899 roku w Jarocinie w Wielkopolsce. Jak odnotowały „ABC: Nowiny Codzienne”, był synem kucharza księcia Radolina, byłego ambasadora niemieckiego w Paryżu.Szkół nie ukończył. W wieku czternastu lat ukradł własnemu wujowi w Dreźnie 500 marek, za co trafił na rok do aresztu. Po wyjściu z więzienia został urzędnikiem cukrowni w Witoszycach, po czym… zdefraudował pokaźną sumę pieniędzy swojego pracodawcy i otrzymał podobny wyrok.
Gdy wybuchła I wojna światowa, jako mieszkaniec Poznańskiego został wcielony do armii niemieckiej. Wojenną gehennę przetrwał, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wstąpił ochotniczo do tworzącego się wojska polskiego. Został magazynierem 1. Pułku Ułanów Wielkopolskich. Przygoda ta nie potrwała jednak długo. Szybko dała o sobie znać przestępcza natura Kopydłowskiego. W 1919 roku skradł z pułkowej kasy 15 milionów marek niemieckich. Sąd w Poznaniu skazał go za ten czyn na 7,5 roku więzienia.
Zakład karny opuścił w 1927 roku. Rok później przeprowadził się do Łodzi, ożenił się i – jak się wydawało – ustatkował. Niestety, nie na długo. Prawdopodobnie jeszcze w więzieniu opracował plan oszustwa, które przeszło do annałów polskiej kryminalistyki.
Sprzedaż Puszczy Białowieskiej
Z wyglądu na pozór inteligentny facet, ubrany normalnie, schludnie. Twarz pociągła, spokojna, robi dobre wrażenie. Oczy tylko biegają spod szkieł jak oczy złapanego zwierzątka” – tak scharakteryzował Kopydłowskiego na ławie oskarżonych Józef Mackiewicz w felietonie dla wileńskiego „Słowa” z 1935 roku. Zdaniem wybitnego publicysty wzrok stanowił narzędzie, którym oszust taksował napotkane osoby pod kątem ich inteligencji i zasobności portfela. Na ofiary wybierał przede wszystkim ludzi naiwnych i zamożnych. Gdy wyczuł, że „klient” jest hołyszem albo zbyt sprytny, sam go zniechęcał, pospiesznie wycofując się z transakcji.
Ten sam modus operandi zastosował przy sprzedaży Puszczy Białowieskiej. Sporządził dla niej plan, który osobiście uwierzytelnił w Białowieży. Dysponując dokumentami delegata ministerialnego, wrócił do Łodzi i przy ulicy Piotrkowskiej otworzył biuro z szyldem: „Biuro Parcelacji Czerwonego Boru Puszczy Białowieskiej. Sprzedaż parceli leśnych”. Zatrudnił pracowników oraz osobistego asystenta, a sam zaczął odgrywać rolę dyrektora.
W owym czasie na prowincji panował wielki głód ziemi, Sejm pracował nad kolejnymi projektami parcelacji gruntów, a popyt na działki był ogromny. Z zainteresowanymi Kopydłowski osobiście jeździł do Białowieży, pokazywał im teren i własnoręcznie „mierzył grunty”. Był uprzejmy i życzliwy, cierpliwie wyjaśniał wszelkie zawiłości. Zawsze elegancki, w dobrym garniturze i z laską, sprawiał wrażenie „osoby na stanowisku”. Nikt nie dziwił się, że unika spotkań z urzędnikami Dyrekcji Lasów. W krótkim czasie zarobił astronomiczną sumę dwóch milionów złotych.
Tu po raz pierwszy dopadł go pech. Jego osobisty asystent – zapewne wtajemniczony w malwersacje – okazał się takim samym oszustem jak pryncypał. Zwinął z kasy pancernej półtora miliona złotych i ulotnił się z miasta. Kopydłowski nie mógł go oficjalnie ścigać. Sam tracił grunt pod nogami, zamknął więc biuro i z resztą środków wyjechał do Warszawy.
Sprzedaż kolejki otwockiej i Kolumny Zygmunta
Rozwijająca się stolica stwarzała równie dogodne warunki do działalności wszelkiej maści szalbierzy co robotnicza Łódź. Kopydłowski wiódł tu początkowo spokojną i dostatnią egzystencję. Długo jednak w niej nie wytrwał. Szybko obmyślił nowe oszustwo: sprzedaż kolejki podmiejskiej do Otwocka.
Otwock był w II Rzeczypospolitej popularnym kurortem uzdrowiskowym. Co roku podróżowało do niego wielu zamożnych mieszkańców stolicy. Nic dziwnego, że szybko znaleźli się chętni gotowi zainwestować w połączenie. Jednemu z klientów śpieszyło się tak bardzo, że natychmiast po transakcji przystąpił do rozbiórki torów. Kopydłowski rozzuchwalił się zaś na tyle, że poprosił pobliski komisariat policji o… dozór nad składanymi torami, by nikt ich nie rozkradł (sic!).
Po kolejce otwockiej od razu poszedł za ciosem. Na przedmieściach upatrzył sobie dawno nieczynny tor tramwajowy i zbył go pobliskim chłopom, którzy widzieli w nim jedynie złom. Ponownie wystawił posterunek strzegący fałszywej inwestycji. Na sprzedaży szyn i kolejki zarobił łącznie około 100 tysięcy złotych.
Poinformowane o procederze Tramwaje Warszawskie wszczęły śledztwo i szybko namierzyły winnego. Kopydłowski musiał uciekać z Warszawy. Nim jednak to uczynił, dokonał swego najsłynniejszego oszustwa.
Był już spakowany i miał wyjeżdżać, gdy przypadkowo spotkał znajomego kupca z Poznania. Od słowa do słowa zdradził mu, że ma na zbyciu… Kolumnę Zygmunta, która „mu już samemu obrzydła”, i może ją odsprzedać za jedyne 1500 złotych. Kupiec, myśląc, że robi interes życia, bez wahania przystał na taką kwotę. Od razu chciał przystąpić do rozbiórki, by przewieźć monument do Poznania – czemu w ostatniej chwili na szczęście zapobiegły władze miejskie.
Warto odnotować, że motyw sprzedaży Kolumny Zygmunta szybko zaczął żyć własnym życiem. Wykorzystano go między innymi w komedii „10% dla mnie” z 1933 roku, gdzie lokalny oszust (w domyśle – Kopydłowski) zbywa przyjezdnemu pomnik Kopernika. Wobec wątpliwości nabywcy co do możliwości zapakowania go do drogi obiecuje… „odesłać go telegraficznie”.
Sprzedaż domów i tramwaju w Łodzi
Kopydłowski najwyraźniej uwierzył we własną bezkarność. Gdy ponownie znalazł się w Łodzi, wrócił na ulicę Piotrkowską i znów otworzył biuro – tym razem „sprzedaży domów”. Popyt na nie był oczywiście spory. Na sprzedaż wystawiał te budynki, o których wiedział, że stoją opuszczone. Zbył ich łącznie osiemnaście. Pobrał zaliczki, zwinął kasę i zaszył się gdzieś w mieście.
Podróżując po Łodzi, spotkał zachwyconego jazdą tramwajem włościanina z Nowosolnej. Szybko wyczuł okazję do interesu. Za sumę 3500 złotych, w tym 1500 złotych tytułem zaliczki, sprzedał naiwnemu chłopu… tramwaj miejski numer 3. Wmówił mu, że na komunikacji miejskiej można zarobić krocie.
Chłop wsiadł do wskazanego tramwaju i z miejsca zaczął wydawać „dyspozycje” – jak maszynista ma jechać i jaka odtąd ma być taksa za bilety. Podczas gdy pasażerowie pokładali się ze śmiechu, konduktor wyrzucił rezolutnego wieśniaka na bruk.
Szczęście opuściło w końcu Kopydłowskiego. Został zatrzymany, stanął przed sądem i za kilkanaście przestępstw – które, notabene, nie mieściły się w żadnym ówczesnym kodeksie karnym – skazany został na łączną karę trzech i pół roku więzienia.
Na wolność wyszedł w 1934 roku i od razu powrócił do swej działalności, tym razem na mniejszą skalę, wplątując się przy okazji w dość zagadkową sprawę śmierci Józefa Szafrańskiego.
Sprawa śmierci Szafrańskiego
Jak donosił „Express Wieczorny Ilustrowany”, ciało zamożnego kupca z Pabianic odnaleziono przy drodze pod Wilnem w listopadzie 1934 roku.
Po wstępnych oględzinach stwierdzono, że zginął od kuli. Początkowo podejrzewano samobójstwo, lecz nigdzie nie znaleziono broni. Przyjęto więc hipotezę o morderstwie. O kradzież rzeczy zmarłego posądzono pastuchów z pobliskiego folwarku, którzy odnaleźli ciało. Po bezowocnym przesłuchaniu zaczęto z równie marnym skutkiem inkwirować wileńskich paserów i kryminalistów.
W toku śledztwa ustalono, że Szafrański przebywał w Wilnie w interesach, a rok wcześniej został okradziony z rzeczy osobistych w kancelarii swego pełnomocnika, popularnego łódzkiego adwokata Jerzego Sieradzkiego. Rzeczami zmarłego posługiwało się kilka osób, a jedną z nich był właśnie Kopydłowski.
Jego procederem stało się wówczas meldowanie w drogich lokalach, skąd telefonicznie zamawiał płaszcze, garnitury i futra, jako miejsce odbioru podając znaną kancelarię adwokacką lub gabinet lekarski. Pod wskazanym adresem czekał na gońca, odbierał przedmioty, a rachunkami obciążał mecenasów i doktorów. Nie płacił też za hotele; w jednym legitymował się dowodem osobistym i książeczką wojskową pabianiczanina.
Okazało się, że o ile przywłaszczenie mienia zmarłego da się jeszcze Kopydłowskiemu przypisać, o tyle z jego śmiercią nie miał on na pewno nic wspólnego. Dysponował bowiem żelaznym alibi: w chwili śmierci Szafrańskiego przebywał w więzieniu koło Bydgoszczy, gdzie trafił po nieudanej próbie ucieczki dorożką spod hotelu Manteuffel – w którym tradycyjnie nie zamierzał zapłacić za nocleg i gościnę.
O jeden skok za daleko
Dobra passa opuściła ostatecznie Kopydłowskiego na początku 1935 roku.
Po wyjściu z więzienia namierzył pewnego zamożnego Żyda nazwiskiem Zelwer. Człowiek ten siedział wcześniej za współpracę z nielegalną w II Rzeczypospolitej Komunistyczną Partią Polski, a w chwili, gdy Kopydłowski postanowił go okraść, był już prawdopodobnie policyjnym szpiclem – o czym oszust nie wiedział.
Kiedy do domu Zelwera zapukał mężczyzna anonsujący się jako policyjny wywiadowca, ten wpuścił go. Gdy jednak w czasie rewizji domniemany „funkcjonariusz” okradł go z pieniędzy i cennych przedmiotów, Zelwer domyślił się, że ma do czynienia z oszustem. Zawiadomił prawdziwą policję, a ta szybko aresztowała Kopydłowskiego.
Zatrzymanego skierowano na obserwację do Szpitala Psychiatrycznego w Kochanówku. W maju 1935 roku stanął przed Sądem Grodzkim w Łodzi. Za „11 oszustw dokonanych na szkodę różnych łódzkich firm” skazano go na łączną karę trzech i pół roku więzienia. Dodatkowo, jako „nie rokującego nadziei na resocjalizację”, skierowano go po odbyciu kary do zakładu zamkniętego w Koronowie na czas nieokreślony.
Tam też pozostał Kopydłowski do wybuchu wojny. Po agresji na Polskę Niemcy utworzyli w Koronowie specjalny zakład dla więźniów narodowości polskiej i żydowskiej skazanych za ciężkie przestępstwa. Dalszych losów Kopydłowskiego nie znamy, choć małe są szanse, by niewolę przeżył.
Dziś jest postacią zupełnie zapomnianą. Trudno znaleźć gdziekolwiek w internecie jego biogram. Jedynie przedwojenne wydania prasy zawierają notki o jego „dokonaniach”. Nie miał tyle szczęścia, co inny słynny przestępca z międzywojnia – Stanisław Cichocki, ps. „Szpicbródka”, którego unieśmiertelniła słynna komedia z Piotrem Fronczewskim w roli głównej. A szkoda, bowiem życiorys „najgenialniejszego z oszustów” mógłby stać się kanwą dobrego filmu sensacyjnego osadzonego w realiach II Rzeczypospolitej.


