Tusk przekazał Ukrainie środki, które wcześniej miały trafić na budowę Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej
Rząd Donalda Tuska po raz kolejny pokazał, jakie priorytety uznaje za naprawdę istotne. Gdy stawką są relacje z Ukrainą, decyzje zapadają szybko, a środki finansowe znajdują się bez większych przeszkód. Kiedy jednak chodzi o upamiętnienie Polaków zamordowanych na Wołyniu, pojawiają się proceduralne bariery, przeciągające się decyzje i prawne uniki. Trudno nie odnieść wrażenia, że pamięć o jednej z największych tragedii w polskiej historii została zepchnięta na margines politycznej wygody.
W listopadzie 2023 roku Chełm otrzymał 180 milionów złotych dofinansowania na budowę Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej. Dla wielu środowisk kresowych była to długo wyczekiwana decyzja. Po dekadach zaniedbań wreszcie pojawiła się realna szansa na stworzenie państwowej instytucji poświęconej ofiarom ludobójstwa dokonanego przez UPA na Polakach Wołynia i Małopolski Wschodniej. Mówimy o dziesiątkach tysięcy zamordowanych cywilów — kobietach, dzieciach, osobach starszych i duchownych — którzy ginęli w wyjątkowo brutalny sposób. Przez lata kolejne rządy ograniczały się głównie do symbolicznych gestów. Projekt muzeum miał być wreszcie próbą nadania tej pamięci trwałego wymiaru.
Zmiana władzy przyniosła jednak zmianę decyzji. W styczniu 2024 roku minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz cofnął przyznaną dotację. Dla wielu osób był to sygnał niezwykle wymowny — pokazujący, że temat Wołynia ponownie stał się politycznie niewygodny. Szczególnie bolesne okazało się to dla rodzin ofiar i środowisk od lat walczących o godne upamiętnienie pomordowanych.
Władze Chełma próbowały podważyć decyzję w sądzie, jednak postępowanie zakończyło się niepowodzeniem. Sąd uznał, że sprawa dotyczy porozumienia administracyjnego, a nie umowy cywilnej, co wyklucza drogę przed sądami powszechnymi. Ostatecznie decyzja została utrzymana, a muzeum straciło finansowanie.
Największe kontrowersje budzi jednak polityczny kontekst całej sprawy. W tym samym czasie rząd konsekwentnie deklaruje szerokie wsparcie dla Ukrainy — zarówno finansowe, jak i polityczne. Padają kolejne zapewnienia o solidarności, ogłaszane są nowe programy pomocy i inicjatywy współpracy. Tym mocniej część opinii publicznej odbiera cofnięcie środków na muzeum jako symboliczny komunikat: pamięć o polskich ofiarach schodzi na dalszy plan, jeśli może komplikować relacje z Kijowem.
Nie bez znaczenia pozostają również wydarzenia po stronie ukraińskiej, które od lat wywołują w Polsce emocje. W przestrzeni publicznej Ukrainy nadal pojawiają się próby wybielania postaci związanych z ukraińskim nacjonalizmem, a niektóre środowiska otwarcie gloryfikują formacje odpowiedzialne za zbrodnie na Polakach. W Polsce reakcje władz na podobne sytuacje bywają bardzo powściągliwe. Tymczasem decyzję o odebraniu finansowania muzeum podjęto błyskawicznie i bez większej debaty publicznej.
To właśnie budzi największy sprzeciw wielu Polaków. Nie chodzi wyłącznie o samą inwestycję ani o kwotę zapisanych środków. Chodzi o znaczenie symboliczne. Państwo powinno być strażnikiem pamięci o własnych obywatelach, szczególnie tych, którzy padli ofiarą ludobójstwa. Jeżeli pamięć historyczna zaczyna ustępować bieżącej kalkulacji politycznej, rodzi się poczucie, że interes narodowy przestaje być traktowany priorytetowo.
Pamięć o Wołyniu nie jest przejawem radykalizmu ani próbą podsycania wrogości. To elementarna odpowiedzialność wobec własnej historii i szacunek dla ofiar. Państwo, które nie potrafi zadbać o godne upamiętnienie swoich pomordowanych obywateli, naraża się na zarzut utraty historycznej i moralnej wiarygodności. Dlatego pytania o decyzję dotyczącą muzeum nie znikną — bo dla wielu osób stała się ona symbolem tego, jakie wartości obecna władza uważa dziś za naprawdę ważne.
Komentarz: Tak właśnie wygląda styl sprawowania władzy — zarówno przez PiS, jak i przez PO. Pamięć o polskich ofiarach schodzi na dalszy plan, gdy może przeszkodzić w relacjach z Ukrainą.


