Tożsamość zbudowana na krwi. Gdy zbrodniarz staje się ojcem narodu

marsz ku czci Stepana Bandery/ fot. Twitter
0

1 stycznia we Lwowie oraz w kilku innych ukraińskich miastach, jak co roku, odbyło się czerwono-czarne świętowanie. Nie były to jednak obchody takie, jakie znamy z polskich ulic – pełne radości i patriotycznego ducha. Nie odbywają się one pod pomnikami zbrodniarzy, czego nie możemy powiedzieć o państwowym święcie urodzin Stepana Bandery.

W tym roku były one wyjątkowo huczne – zapalenie pochodni, zwane procesją smołoskipną, oraz przemarsz, który metafizycznie był deptaniem ducha ofiar ukraińskiego ludobójstwa, a cień kroków przywodził na myśl ślady krwi pozostawione przez banderowców opuszczających spalone polskie wsie na Kresach Wschodnich.

SKLEP-WPRAWO.PL

W tym trudnym i krótkim czasie media nie oszczędzały naszego cierpienia. Wszelkie skrupulatne tłumaczenia oraz racjonalizacja idei banderyzmu wylewały się z małego i większego ekranu jak ściek – niczym splunięcie w twarz, a każdy sprzeciw traktowany był jak wytarcie twarzy ruską onucą.

W poprzednich tekstach pisanych przeze mnie poruszałem temat mocno zakorzenionej idei zbudowanej na ludzkim cierpieniu – na krwi ofiar mówiących innym językiem. Omawiałem liczbę pomników, trud ekshumacji, podczas których strona ukraińska – zanim wbito w ziemię łopatę – stała pobłażliwie nad kopiącym i starała się umniejszać rozmiar Genocidum atrox.

Przez lata w wielu publikacjach szukałem odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”. Temat ten jest mi bliski z powodów rodzinnych – ofiar zbrodni ukraińskiej, tej sąsiedzkiej, zza płotu. Zadawałem sobie pytania o przeszłość i teraźniejszość: czy Ukraina „musi” taka być? Przecież sam brak autorytetów nie może być usprawiedliwieniem gloryfikowania potworów.

Państwo, które z reguły twierdzi, że „nie ma innych bohaterów”, w rzeczywistości mówi nam coś znacznie gorszego. W relacjach sąsiedzkich Ukraina stoi do nas plecami i tłumaczy, że moralny wybór nigdy nie był dla niej ważny. Problemem nie jest brak alternatyw, lecz fetysz siły oraz szowinistycznej nienawiści – przekonanie, że skoro w historycznej bibliotece Ukraina bierze to, co jest, bo niczego innego nie ma, to nie jest to jej tragiczny los, lecz decyzja o budowaniu więzi narodowej ze zbrodniarzami.

Gloryfikując zło, Ukraina świadomie stosuje racjonalizację wyboru społeczeństwa zbudowanego na krzywdzie. Tymczasem zwykłym, ludzkim odruchem cywilizowanego społeczeństwa jest przyznanie się do winy i przejście bolesnej korekty tożsamości. Ukraina natomiast idzie ścieżką czynienia z katów „ojców narodu ukraińskiego”.

Jeżeli podstawowym fundamentem dumy narodowej jest cudze cierpienie, taka tożsamość potrzebuje wroga, by istnieć.

Dlatego Ukraina nie potrafi funkcjonować bez mitów, stale zakłamuje historię i opowiada, że Polska była okupantem. Prawda byłaby dla nich jak światło dla karalucha. Sami ukraińscy historycy reagują alergicznie nie tyle na krytykę idei banderowskiej, ile na prawdę zapisaną w książkach – na prawdziwe historie osób, które przeżyły rzeź wołyńską.

Ukraina zawsze będzie tłumaczyć wybór zbrodniarzy na autorytety brakiem dobrych wzorców. Pytanie brzmi, czy Ukraina w końcu dojrzeje i zrozumie, że współczesne państwo może czerpać wzorce z bohaterów innych narodów. Zgodnie z moją metaforą: dziecko, które miało złego ojca, nie ma obowiązku czynić go wzorem. Dojrzałość polega na zrozumieniu, jakim ojcem nie być, i na szukaniu przykładów także w innych rodzinach.

Brak bohaterów nie jest wstydem, ale brak wstydu w przypadku naszego sąsiada – już tak. Nie każde społeczeństwo musi mieć herosów na białych koniach, lecz każde musi mieć granicę, za którą zaczyna się zło.

Jeżeli Ukraina nie potrafi tej granicy wyznaczyć, żadne jej pomniki nie będą wyrazem dumy, lecz swoistą instrukcją dla przyszłości.

A my, jako państwo sąsiedzkie, nie możemy zgadzać się na zbrodniczą ideologię, bo wtedy historia nie jest przeszłością – jest zapowiedzią. I zgodnie z tą myślą tak się dziś dzieje. Nie jesteśmy już w stanie zliczyć, ile razy czytaliśmy komentarze: „Zgotujemy wam Wołyń 2”.

Warto pamiętać, że gloryfikowanie zbrodniarzy nie mówi nic o nich – mówi wszystko o tych, którzy dziś klękają przed ich imieniem.

To nie tylko przeszłość ciąży temu państwu najbardziej. Najcięższa jest decyzja, by nic z niej nie zrozumieć. Ukraina do tej pory nie jest w stanie pojąć, że polityka kultu zbrodniarzy doprowadziła ten kraj do sytuacji, w której puka się już nie w wieko trumny, lecz od spodu – siedząc głęboko w banderowskiej zgniliźnie.

Przeczytaj i obejrzyj serial o ukraińskim ludobójstwie na Polakach:

W co przekuć sukces „Sąsiadów” Jacka Międlara?

Może ci się spodobać również Więcej od autora

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.