R. Wicherek: Pieniądze układy polityka. Po Mundialu w USA, Kanadzie i Meksyku
Opadł kurz po amerykańskim mundialu. Dostarczył on wielu emocji, obejrzeliśmy go w nowej formule, a Hiszpanie zdetronizowali Argentyńczyków. Nie zabrakło też efektownych ujęć, ciekawych reportaży i dokładnych analiz, a dyscyplina znów otrzymała efektowną reklamę. Wydawałoby się, że wszyscy zadowoleni. Niestety (a może na szczęście?) podczas mistrzostw jeszcze bardziej uwidoczniły się negatywne zjawiska trawiące piłkę nożną, a niekiedy i cały zawodowy sport, których nie udało się zamaskować. Jakie?
- MIESZANIE POLITYKI ZE SPORTEM
Sportu nie należy mieszać z polityką – wyświechtany banał, a życie swoje. Nie jest żadną tajemnicą, że prezydent USA jest ekscentrykiem i megalomanem, lubiącym być w centrum uwagi, bez względu na to, czy mówi się o nim w pozytywnym, czy negatywnym kontekście. Tak było i tym razem. Najpierw stworzył niebezpieczny precedens, naciskając na anulowanie czerwonej kartki kluczowemu piłkarzowi Stanów Zjednoczonych Folarinowi Balogunowi, by ten mógł zagrać w meczu 1/8 finału z Belgią. FIFA się ugięła i zawiesiła karę. Następnie podczas dekoracji zwycięzców – Hiszpanów – pojawił się z nimi na podium podczas celebracji wygranej i pozostał tam o wiele dłużej, niż nakazywałoby wyczucie taktu. Nic dziwnego, że wielu kibicom się to nie spodobało, bo w tym momencie o wiele bardziej interesowała ich sama ceremonia niż autopromocja Trumpa.
Dostało się także Irańczykom. W obliczu wojny Iranu z Izraelem, wspieranym przez USA, irańscy piłkarze mieli spore problemy z uzyskaniem wiz. Szczególne kłopoty w tym względzie mieli irańscy działacze. Ponadto na reprezentację nałożone zostały restrykcje w podróżowaniu na turniejowe mecze, co było sporym utrudnieniem logistycznym. W tym miejscu należy podkreślić, że pewna ostrożność jest w obecnej sytuacji zrozumiała. Nie można zlekceważyć trwającego konfliktu, bo nie ma gwarancji, że druga strona nie będzie chciała tego wykorzystać. Czy jednak tak kategoryczne traktowanie Irańczyków nie było swego rodzaju demonstracją siły? Nawet jeżeli jest w tym nutka przesady, z pewnością w jakimś stopniu utrudniło im normalne funkcjonowanie.
- FAWORYZOWANIE ARGENTYNY
Coś, co z początku wydawało się zwykłym malkontenctwem, z czasem nabrało realnych kształtów. Nagromadzenie zbiegów okoliczności jest tak zadziwiające, że trudno, by faktycznie były zbiegami. Co konkretnie?
Turniejowa drabinka – Argentyna dopiero w 7. meczu (w półfinale) spotkała się z przeciwnikiem z najwyższej półki. Do tego miała zaskakująco łatwą grupę.
Stempel Messiego – za faul Messiego na Aissie Mandim w meczu z Algierią Szymon Marciniak miał prawo wyrzucić go z boiska. Ostatecznie argentyński gwiazdor nie został ukarany w ogóle.
Kontrowersje z Egiptem – sędzia najpierw anulował gola Egipcjanom, później uznał Argentyńczykom, bez pomocy VAR-u. Biało-niebiescy wygrali 3:2, a obie decyzje wzbudziły duże wątpliwości.
Do ćwierćfinałowego meczu Francji (głównego faworyta) z Marokiem wyznaczono 5 argentyńskich sędziów.
W pewnym momencie sytuacja stała się tak irytująca, że powstała petycja, w której domagano się wyrzucenia Argentyny z turnieju. Zebrano ponad 23 mln podpisów, co niemal doprowadziło do pobicia rekordu Guinnessa. Ale kto dostaje więcej, niż mu się należy, temu wydaje się, że należy mu się jeszcze więcej. Jeszcze w trakcie finału Messi próbował wymusić na sędzim pokazanie czerwonej kartki Cucurelli za zasłanianie ust, którego w rzeczywistości nie było. Po meczu Leandro Paredes w chamski sposób wyżył się na dwóch hiszpańskich piłkarzach, bez konsekwencji ze strony sędziego. Po turnieju z kolei 100 tys. osób błyskawicznie podpisało się pod (prawdopodobnie) argentyńską petycją o powtórzenie finału, sugerującą stronniczość i zmowę, choć argentyńscy piłkarze przez cały mecz nie oddali celnego strzału. Jak widać, Argentyńczycy są narodem miłującym futbol, ale tylko kiedy wygrywają.
- PRZESYT TECHNOLOGII
System wideoanalizy to doskonałe narzędzie, które wielokrotnie udowodniło swoją przydatność. Lata jednak mijają, dochodzą coraz to nowe wytyczne i przybywa kontrowersji. Przedłużające się przerwy w meczu, dawanie czerwonych kartek za odzywanie się z zasłoniętymi ustami, gwizdanie milimetrowych spalonych (sarkazm). Te ostatnie często decydują o losach meczu, a nawet o wyjściu z grupy. Co gorsza, gubią się już nawet sami sędziowie. Bo w jaki sposób Espen Eskås dopatrzył się na VAR-ze spalonego w meczu Portugalia – Chorwacja, skoro później chip zamontowany w piłce wykazał, owszem, kontakt z piłką Igora Matanovicia, ale… włosami? Chorwaci odpadli z turnieju.
Co w tej sytuacji można poprawić? Po pierwsze, należy uświadomić włodarzom federacji, że społeczność piłkarska to nie kraj socjalistyczny, w którym najważniejsze jest, by kontrolowali każdy detal, ściśle wszystko monitorując. W dalszej kolejności można by np. zaproponować poluzowanie niektórych rygorystycznych przepisów na rzecz ducha gry i poszerzyć kompetencje sędziów w wozie VAR, co pozwoliłoby zachować płynność zawodów. Jest to z pewnością kwestia warta dyskusji.
- POWIĘKSZENIE LICZBY UCZESTNIKÓW
Na papierze pomysł może i wygląda efektownie. Nowa formuła, więcej zespołów, szansa dla słabszych, więcej meczów dla kibica. I w sumie trudno oponować, bo wszystko się zgadza. Więcej emocji, większe zainteresowanie, powiew egzotyki. Z pewnością było ciekawiej. Dalej jednak jest już gorzej.
Samo powiększenie mundialu z 32 do aż 48 zespołów (!) oznaczało dla faworytów jeszcze większe obłożenie i tak napiętego rocznego terminarza. Ponadto o wyjście z grupy było dużo łatwiej, bo aż 8 z 12 reprezentacji z trzecich miejsc awansowało dalej (wcześniej zero), co mocno obniża prestiż tego osiągnięcia. Trąci to też polityką równościową, gdzie trzeba brać w opiekę słabszych, żeby nie czuli się gorsi. Zmiany zaowocowały uczestnictwem takich drużyn jak Curaçao, Irak, Uzbekistan czy Katar, które poza ambicją nie wniosły zbyt wiele od strony sportowej.
Natomiast główne motywy, jakie przyświecają szefom federacji, są dość banalne: większe zasięgi, większe zasięgi dla sponsorów oraz przychylność kolejnych krajowych federacji. A więc większe wpływy i więcej pieniędzy. Potwierdzają to tylko najnowsze informacje, wedle których prezydent FIFA Gianni Infantino rozważa… sprzedanie mistrzostw świata. Miałaby nimi zarządzać spółka, której udziały chcą zakupić m.in. Joshua Kushner – brat zięcia Donalda Trumpa – i bank JP Morgan. Ten sam bank, który miał wyłożyć wielkie pieniądze na projekt alternatywnej dla Ligi Mistrzów Superligi, zbojkotowany ostatecznie przez kibiców. Inicjatywa miałaby objąć także klubowe mistrzostwa świata, a Infantino zostałby komisarzem spółki. A jak przekonać do tego poszczególne federacje? Oczywiście kasą. Każda popierająca zmiany miałaby otrzymać nawet 40 mln euro, pozostałe – o wiele mniej. Czy trzeba coś dodawać?
PODSUMOWANIE
Przyzwyczailiśmy się już, że od dłuższego czasu szlachetne wartości płynące ze sportu są coraz bardziej wypychane na rzecz kapitału. Samo w sobie nie jest to jeszcze najgorsze, gdyż w pewnym sensie to naturalny proces, ale postępujące zachwianie proporcji już tak. Piłkarzom nie sposób odmówić zaangażowania, ambicji i determinacji. Działacze federacji lawirują, jak mogą, by radzić sobie w zmieniających się realiach. Ale stwierdzenie „taki mamy klimat” nie załatwia sprawy. Przepych, luksus, sława i nadmiar pieniędzy, występujące nie tylko w piłce nożnej, potrafią zmanierować i zepsuć prawie każdego, a kolesiostwo na samych szczytach, bliźniaczo podobne do tego w Unii Europejskiej, tylko pogarsza sprawę. Minione mistrzostwa dobitnie pokazały, że należy w pełni korzystać z tego, co najlepsze, oraz bić na alarm i nawoływać do zmian tam, gdzie są one już niezbędne.
Źródła: Polsat News, pl.euronews.com, karlobag.eu, sportowefakty.wp.pl, PAP, przegladsportowy.onet.pl, fronda.pl


