Widmo likwidacji nad polskimi szpitalami. Nawet 270 placówek na krawędzi upadku
Polska służba zdrowia stoi w obliczu największego kryzysu od lat. Związek Powiatów Polskich alarmuje: zagrożonych likwidacją może być nawet 270 placówek medycznych. To, co rząd nazywa „restrukturyzacją” i „optymalizacją”, w rzeczywistości oznacza zapaść systemu, w którym brakuje miliardów złotych, a szpitale toną w długach.
Liczby są bezlitosne – w kolejkach do świadczeń NFZ czeka już ponad 5 milionów osób. Oznacza to, że co szósty obywatel nie ma zapewnionego bieżącego dostępu do leczenia. Zamiast realnej naprawy, pacjenci otrzymują PR-owe slogany o „modernizacji”, które maskują brutalną rzeczywistość: zamykane oddziały, gigantyczne kolejki i dramatyczne niedofinansowanie.
Dla mieszkańców mniejszych miejscowości likwidacja lokalnego szpitala to wyrok. Narracja o „konsolidacji usług” zmusza pacjentów do podróży po kilkadziesiąt kilometrów do najbliższego SOR-u. W sytuacjach zagrożenia życia każda minuta jest na wagę złota, a zmuszanie chorych do dalekich dojazdów to igranie z ich bezpieczeństwem. Podczas gdy politycy przekonują o konieczności „urealnienia kosztów”, dyrektorzy placówek w całej Polsce ogłaszają „Czarny Tydzień”, desperacko walcząc o przetrwanie swoich jednostek.
Istnieje rażący rozdźwięk między doświadczeniami obywatela a życiem decydentów. Minister czy poseł nie spędzi kilkunastu godzin na przepełnionym SOR-ze; ich chronią prywatne pakiety medyczne i kliniki. Zwykły pacjent zostaje sam z coraz wyższą składką zdrowotną i systemem, który zwija się na jego oczach.
Obecne działania wyglądają jak zaplanowany proces: najpierw doprowadzenie do zadłużenia, potem ogłoszenie konieczności restrukturyzacji, a finalnie – wygaszanie publicznej opieki. Jeśli jedyną odpowiedzią państwa na problemy kadrowe i finansowe jest zamykanie placówek, to mamy do czynienia z kapitulacją rządu w jednej z najważniejszych sfer życia publicznego. Polska służba zdrowia nie potrzebuje slajdów i konferencji prasowych – potrzebuje natychmiastowego ratunku, zanim „modernizacja” zmieni się w nieodwracalną ruinę.
Komentarz: Typowy „efekt rządu Tuska”.


