Prezydent USA ma coraz większe problemy z wojną na Bliskim Wschodzie
Trzynastego dnia wojny coraz wyraźniej widać, że w kalkulacjach Donalda Trumpa mniej chodzi o wolność Irańczyków, a bardziej o stabilność światowych rynków energii. Teheran straszy, że cena baryłki ropy może wzrosnąć nawet do 200 dolarów. To element propagandy i psychologicznej presji, ale jednocześnie sygnał, że irański reżim jest gotów eskalować konflikt niemal bez ograniczeń — nawet jeśli konsekwencją miałaby być katastrofa ekologiczna na ogromną skalę.
Na północy Izraela słychać dziś najintensywniejszy ostrzał od początku wojny. Nad regionem nieustannie przelatują rakiety, a ich świst miesza się z hukiem wojskowych śmigłowców.
W rejonie Karmiel izraelskie maszyny przez wiele godzin przeczesywały teren na niewielkiej wysokości. Wcześniej wojsko poinformowało o naruszeniu przestrzeni powietrznej przez niezidentyfikowany obiekt — prawdopodobnie drona.
Jednocześnie rośnie napięcie na jednym z najważniejszych szlaków energetycznych świata. W środę pojawiły się informacje, że w cieśninie Ormuz, przez którą przechodzi około jednej piątej globalnego handlu ropą, zamiast tankowców pojawiają się miny morskie. Według doniesień zrzucono już co najmniej kilkanaście ładunków. To może tłumaczyć działania amerykańskich sił, które ogłosiły zniszczenie 16 jednostek zdolnych do zaminowania tej przeprawy.
Iran już w pierwszych dniach wojny praktycznie sparaliżował żeglugę przez Ormuz. Władze w Teheranie codziennie powtarzają, że każdy statek próbujący przepłynąć przez cieśninę musi liczyć się z zatopieniem.
Skutki tej groźby są już widoczne. Z rufy masowca Mayuree Naree, pływającego pod banderą Tajlandii, wciąż unosi się dym. Jednostka została trafiona irańską rakietą; płonie maszynownia. Trzech członków załogi uznano za zaginionych — najprawdopodobniej znajdują się w odciętej przez ogień części statku. Władze Tajlandii domagają się oficjalnych przeprosin, choć w obecnej sytuacji ich znaczenie wydaje się czysto symboliczne.
Ataki dotknęły także inne statki handlowe — między innymi jednostki pływające pod banderami Liberii i Japonii. Płoną również tankowce znajdujące się na wodach irackich. W ich pobliżu eksplodowały dwie irańskie łodzie wypełnione materiałami wybuchowymi. W odpowiedzi Irak zamknął wszystkie porty naftowe i wstrzymał operacje związane z eksportem ropy.
Teheran deklaruje, że będzie niszczyć każdy statek należący do Stanów Zjednoczonych, Izraela oraz ich sojuszników — a więc w praktyce znaczną część światowej floty handlowej.
Skutki konfliktu zaczynają odczuwać także państwa, które dotąd starały się trzymać z dala od wojny. W Indiach na stacjach benzynowych pojawiają się pierwsze protesty po zapowiedziach możliwej reglamentacji paliwa i gazu. Władze w Delhi twierdzą, że wynegocjowały dla swoich statków bezpieczne przejście przez cieśninę Ormuz, jednak Teheran szybko zdementował te informacje. Gdyby były prawdziwe, oznaczałoby to, że Indie — główny azjatycki rywal Chin — uzyskały przywilej, którego Pekin, deklarujący przyjaźń z Iranem, wciąż nie potrafi sobie zapewnić.
Na świecie rozpoczęło się tymczasem uwalnianie strategicznych rezerw ropy na niespotykaną dotąd skalę. Międzynarodowa Agencja Energetyczna zapowiedziała, że na rynek trafi 400 milionów baryłek z magazynów. Podobne decyzje podjęły także inne państwa, w tym Japonia. To właśnie Azja najmocniej odczuwa skutki blokady Ormuzu — dotąd przez tę cieśninę trafiało tam około 80 procent importowanych paliw energetycznych.
Zakłócenia w handlu widoczne są również na lądzie. W Turkmenistanie gwałtownie drożeją produkty sprowadzane z Iranu. W Aszchabadzie ceny ziemniaków, ogórków i owoców wzrosły nawet o 50–70 procent. Granica formalnie pozostaje otwarta, jednak rzeczywisty strumień towarów wyraźnie się skurczył.
W Australii rząd poinformował, że zapasy paliw wystarczą na około dwa miesiące. Oficjalnie przyznano jednak, że ich wykorzystanie będzie oznaczało obniżenie jakości paliwa dostępnego na rynku.
Konflikt uderza również w lotnictwo cywilne. Globalny ruch lotniczy zaczyna stopniowo cofać się do poziomów znanych z czasów pandemii — nie tylko z powodu ograniczeń w krajach Zatoki Perskiej, lecz także z powodu gwałtownie rosnących cen paliwa lotniczego. Linie lotnicze zapowiadają znaczące podwyżki cen biletów.
Przewoźnicy z Australii i Nowej Zelandii już ogłosili redukcję siatki połączeń — na razie o około pięć procent. W tym samym czasie ceny biletów z Ammanu do Polski dla osób próbujących opuścić region osiągnęły około 3500 złotych w jedną stronę, czyli mniej więcej dwukrotnie więcej niż przed wybuchem wojny.
Wraz z eskalacją amerykańsko-izraelskich ataków i brakiem jakichkolwiek sygnałów o możliwym zakończeniu konfliktu ropa naftowa staje się kluczowym elementem globalnej gry politycznej. O sile i odporności rządów zaczynają decydować ich zapasy paliw kopalnych. Im szybciej będą się kurczyć, tym silniejsza stanie się presja na Waszyngton i Tel Awiw.
Donald Trump zdaje się rozumieć wagę sytuacji, choć publicznie minimalizuje możliwości militarne Iranu, twierdząc, że jego lotnictwo i marynarka wojenna „praktycznie nie istnieją”.
Jednym z rozważanych rozwiązań byłoby wysłanie do cieśniny Ormuz okrętów amerykańskiej marynarki wojennej. Taki krok oznaczałby jednak otwarcie kolejnego, niezwykle niebezpiecznego frontu — w wojnie, która już teraz stopniowo ogarnia coraz większą część Bliskiego Wschodu.
Komentarz: Wiele wskazuję na to, że wbrew wstępnym zamiarom amerykańskiego- izraelskiego kierownictwa politycznego, starcie militarne z Iranem potrwa bardzo długo…

