Państwo, które staje się obce swoim obywatelom, przestaje słyszeć głosy domagające się prawdy o przeszłości
W zeszłym roku weszła ustawa dotycząca ochrony prawdy historycznej i krajowej strategii przeciwdziałania mowie nienawiści – dokument ten ustanowił utworzenie gremium ekspertów i nauczycieli w Ministerstwie Edukacji Narodowej ds. edukacji o Holokauście i antysemityzmie, które będzie pilnować, czy wypowiedzi bądź adnotacje nie naruszają standardów poprawności politycznej. Dokument jest bardzo obszerny – dotyczy również wspierania życia żydowskiego na lata 2025–2030.
Co ważne – ustawa weszła po cichu.
Minister Sprawiedliwości Waldemar Żurek chce utworzyć zespoły prokuratorskie do walki z hejtem, dotyczącym mowy nienawiści, w tym mowy przeciwko Ukrainie. Znaleźliśmy się w takim momencie, w którym osobiste poglądy partii rządzącej pozwalają na wykorzystywanie swojej funkcji do walki z tymi, którzy głośno mówią prawdę o ukraińskiej korupcji, o jej niewdzięczności itp. Jeżeli chcesz wiedzieć, kto rządzi w Polsce, to sprawdź, kogo nie wolno ci krytykować.
To są ustawy, o które polskie społeczeństwo nie prosiło, ale które mimo wszystko otrzymało. Przepchnięte kolanem, opakowane w hasła o „nowoczesności”, „europejskości” albo „konieczności dziejowej”. Natomiast odrębna ustawa dotycząca penalizacji banderyzmu, o którą prosi nie tylko środowisko Kresów Wschodnich, ale także historycy, publicyści i zwykli obywatele mający elementarne poczucie sprawiedliwości, od lat grzęźnie w ciszy. Ciszy znaczącej. Ciszy politycznie wygodnej – tak cichej, jakby rządzącym zależało, by nie usłyszała tego słynna już „ukraińska wrażliwość”.
To samo dotyczy ustawy o antypolonizmie. Gdy fałszywe narracje historyczne krążą po świecie bez żadnej reakcji państwa, słyszymy, że „to skomplikowane”. Kiedy jednak trzeba błyskawicznie uchwalić prawo, które nikogo realnie nie boli – nagle nie ma wątpliwości ani refleksji.
Nikt nie zadba o to, by nigdy więcej nie powtórzyło się hasło „polskie obozy śmierci”, a z polskich żołnierzy z czasów II wojny światowej można bez konsekwencji postawić pod jedną ścianą z hitlerowskimi zwyrodnialcami.
Na facebookowym portalu stale „wyrastają” grupy, w których wzajemne kółka adoracji ukraińskiej bądź syjonistycznej rozpisują się na temat polskiej okupacji Lwowa bądź interpretuje się historię w taki sposób, by była przyjemniejsza dla kraju–oprawcy.
Państwo potrafi być stanowcze wyłącznie wobec własnych obywateli, a całkiem bezradne wobec cudzych kłamstw i cudzej przemocy symbolicznej.
Europa, która sama nosi na sobie czarne karty historii, nie ma szczególnej potrzeby protestować, gdy historię zaczyna się pisać od nowa. Przeciwnie – milczenie bywa wygodne. Nowe narracje pozwalają rozmyć winy, przesunąć akcenty, zrównać ofiary ze sprawcami. A jeszcze lepiej, gdy ktoś inny weźmie na siebie ciężar cudzych grzechów. Sumienie zbiorowe oddycha wtedy lżej. Dlaczego wspominam o Europie? Ponieważ obcym nie zależy na prawdzie historycznej ani jej ochronie. Państwo, któremu nie zależy nawet na jej symbolicznym bezpieczeństwie, staje się nam obce.
Pamięć narodowa staje się problemem, ale już jej brak – politycznym atutem. Historia stała się towarem wymiennym, a godność zbiorowa kartą przetargową w dyplomatycznym pokerze.
W tej karcianej przestrzeni hasło „zbrodnia w Jedwabnem” przez lata funkcjonowało jako niewidzialny bat na polskie plecy – nie jako punkt wyjścia do rzetelnej i merytorycznej debaty historycznej, opartej na faktach, lecz jako skrót myślowy, moralny bicz „bo Polacy też” – jako argument zamykający usta. Wystarczyło je wypowiedzieć, by unieważnić każdą próbę mówienia o polskim doświadczeniu wojny, o terrorze okupacji, o skali niemieckiej odpowiedzialności. Hasło gotowe, wyrok wydany, kontekst zbędny, a prawda zniknęła jak pomnik przypominający o prawdziwych sprawcach.
Europa nie protestowała. Nie dlatego, że znała prawdę. Dlatego, że ta narracja była użyteczna – najbardziej Niemcom oraz Europie, która wciąż nie do końca rozliczyła własne kolaboracje, obozy przejściowe, administracyjne posłuszeństwo wobec zła. Polska wina działała jak pokój, w którym odpoczywa się od poczucia winy. Ktoś inny mógł zostać symbolem. Ktoś inny mógł dźwigać ciężar zbiorowej niejednoznaczności.
Tu chodzi o hierarchię spraw. O to, co uznaje się za warte ochrony, a co za kłopotliwe dziedzictwo, które najlepiej przemilczeć. Społeczeństwo prosi o elementarną sprawiedliwość historyczną i prawną. W odpowiedzi dostajemy ustawy do poprawki: że „teraz nie czas”, „teraz nie wypada”, „teraz są ważniejsze sprawy”.
Zawsze są. Tylko jakoś nigdy te, o które naprawdę chodzi ludziom.

Przeczytaj także:
Tożsamość zbudowana na krwi. Gdy zbrodniarz staje się ojcem narodu
