D. Wojciechowska: Dzień Zmartwychwstania Pańskiego na Kresach
Moja Mama Wołynianka była wychowywana w rodzinie katolickiej. Obowiązywał rytuał chrześcijańskiego świętowania, w którym były pewne elementy dawnych wierzeń ludowych. Miały one tyle uroku i tyle tajemnic, że w połączeniu z tradycjami stwarzało to ową niezwykłość przeżywania świąt w tamtych latach.
Religijność i zasady z niej wypływające, wpajane przez rodziców, kościół i szkołę, formowały jej ówczesny świat.
Święta wyznaczały rytm życia. U moich zasmyckich dziadków i w moim domu rodzinnym był to czas niezwykle ważny. Przygotowywano się do niego z wielką pieczołowitością.
Kresowianie – niezależnie od regionu – przestrzegali przede wszystkim Wielkiego Postu, który tylko w niewielkim stopniu łagodziły ryby. Przeważnie jadało się ziemniaki, potrawy z niekraszonej kapusty, a jeśli już była jakaś omasta, to mógł być to wyłącznie olej rzepakowy lub lniany. Na Wschodzie od Środy Popielcowej obowiązywał ścisły post w środy i piątki, a wstrzemięźliwość od mięsa trwała cały tydzień. Moja prababcia ściśle przestrzegała postu – tylko chleb i woda lub kawa zbożowa. Moja babcia też przestrzegała, ale nie tak restrykcyjnie. Dzieci mogły już zjeść chleb z masłem i napić się mleka.
Święta Wielkanocne na Kresach to olbrzymie bogactwo zwyczajów i tradycji. Katolicy mieszkali wśród chrześcijan obrządku wschodniego, gdzie wspólna Wielkanoc wypadała raz na cztery lata. Wzajemna znajomość i szacunek obrzędów były czymś naturalnym, do czasu, aż wmieszała się do tego polityka.
Palmy, poświęcone w kościele w Niedzielę Palmową, a przetrzymywane aż do następnego roku, zapewniały zdrowie i dostatek całej rodzinie, a nowo narodzonemu potomstwu – urodę. U mojej babci palma wisiała na ścianie. Gdy przychodziły ciężkie chwile, babcia ją zdejmowała i odmawiała „Zdrowaśki”. Zawsze, gdy szalała burza, palma była w oknie i chroniła przed uderzeniem pioruna. Nie można zapomnieć o słynnych palmach z Wileńszczyzny, które wyrabiane są z ponad pięćdziesięciu kwiatów i ziół zbieranych i suszonych w różnych porach roku. Wileńskie palmy można nabyć m.in. podczas tradycyjnego jarmarku odpustowego Kaziuki, który od czterystu lat odbywa się w Wilnie i jest związany z osobą patrona tego miasta ‒ św. Kazimierzem Jagiellończykiem.
Na Kresach Wschodnich do każdego domostwa przychodził ksiądz, by poświęcić stół domowy, utożsamiany z ołtarzem, zastawiony specjalnie przygotowanym jadłem. W zamierzchłej przeszłości święcono również ogień i wodę. Zapalone pochodnie wnoszono do domu, rozniecano nimi ogień pod kuchnią, a wodą święcono dom i zwierzęta. Wszystko to miało chronić majątek i jego mieszkańców od nieszczęść. Z upływem czasu wizyty księży zastąpiła święconka, zanoszona do kościoła w Wielką Sobotę i pielęgnowana z wielką pieczołowitością. Kosze były duże, by pomieścić jak najwięcej przygotowanych potraw świątecznych.
Jedno, co od wieków nie uległo zmianie, to szykowanie potraw wielkanocnych. Bolesław Szpryngiel z Wołynia, opisując dawne tradycje, podaje, iż bito wieprze, wyrabiano najprzeróżniejsze wędliny, pieczono ciasta – głównie drożdżowe baby i mazurki.
Jak sięgam pamięcią, u mojej babuni zawsze było świniobicie. Wędliny wędzone w przydomowej wędzarni były przepyszne. Wisiały w kominie i czekały na święta.
Główną potrawą przyciągającą uwagę biesiadników było upieczone w całości prosię, wcześniej trzymane kilka dni w marynacie, sporządzonej według specjalnej receptury. Podane na stół, przybrane wierzbowymi gałązkami, bukszpanem i wiosennymi kwiatami, z pisanką w pysku, wyglądało niezwykle apetycznie. Pamiętam, że takie prosię przygotowywała siostra babci.
Na Kresach, na tydzień przed Niedzielą Palmową, gospodynie nie piekły chleba – dopiero w Wielkim Tygodniu zabierały się do wypieków. Na Wielką Sobotę „paska” (chleb) musiała być gotowa. Wypiekano ją z mąki razowej, pszennej i żytniej, czasem gryczanej, częściowo na drożdżach, częściowo na zakwasie. Niesiono ją do kościoła razem z pisankami i chrzanem do święcenia. Następnego dnia każdy dostawał kawałek święconego chleba – także zwierzęta.
W domu ziemiańskim podczas świątecznego posiłku biały obrus przystrojony był zielonym widłakiem, którego pędy wcześniej zrywano w okolicznych lasach. Na tak ustrojonym stole, po porannej mszy rezurekcyjnej, jadało się m.in. pieczone prosię z malowanym jajkiem włożonym w ryjek.
Już z XIX wieku pochodzą przepisy na ogromne, łokciowe baby, których wyrabianie trudno dziś sobie wyobrazić. Na jedną potrzeba było pół garnca (czyli 2 litry) żółtek, które ubijano przez godzinę. Wsypywano cztery filiżanki suchej mąki tortowej, ubijano przez kolejną godzinę, dorzucano dwie filiżanki cukru i dwie filiżanki gęstych drożdży, po czym znów bito przez kolejną godzinę. Następnie ciasto wlewano do formy i stawiano na lekko ciepłym piecu, aby podeszło. A kiedy wyrosło, pieczono je przez 45 minut (zapewne w temperaturze około 180 stopni). Na koniec przykrywano babę cienkim arkuszem papieru do pieczenia. Wyjmowano ostrożnie i odstawiano, aż zupełnie wystygła, a dopiero potem ostrożnie przewracano rondel, wyciągano i stawiano na stół.
W wielkanocne śniadanie królowały serniki, makowniki, mazurki, wielkie drożdżowe baby oraz keksy z rodzynkami i bakaliami. Zdarzało się, że pojawiał się również „dziad wielkanocny”, który różnił się od baby tym, że był w środku przekładany konfiturami, rodzynkami, migdałami i innymi słodkościami.
Jajko było odwieczną oznaką początków życia, płodności, miłości i siły. Posiadało właściwości oczyszczające i uzdrawiające. Przygotowując pisanki, używano głównie naturalnych barwników, np. łupin cebuli – kolor żółty, pędów zboża ozimego lub trawy – zielony, łupin buraków – czerwony lub różowy, kory dębu – brązowy, kory olchy – czarny. Im dłużej trzymano jajko w barwniku, tym ciemniejszy był kolor. Szczególną moc przypisywano jajkom malowanym na czerwono, które wróżyły wszelką pomyślność.
Inny zwyczaj to zabawy malowanymi jajkami. Polegały one na sprawdzaniu, czyje jajko ma mocniejszą skorupkę. Uderzano nimi o siebie według ustalonych zasad: „nosek” jajka musiał trafić w „nosek” drugiego. Na Wołyniu nazywano to „cokaniem”. Wygrywał ten, którego kraszanka wytrzymała próbę. Stłuczone jajko należało oddać zwycięzcy.
Na przykrytym białym, wykrochmalonym obrusem stole królowały – oprócz ciast – baranki wielkanocne zrobione z cukru lub masła. Baranek z czerwoną chorągiewką i krzyżem lub z napisem „Alleluja” stał na zielonym owsie w centrum stołu, obok talerzyka z poćwiartowanym jajkiem i zapalonej białej świecy. Czasem baranek był pieczony z ciasta chlebowego w metalowej foremce.
Tak jak dziś, przed rozpoczęciem wielkanocnego śniadania dzielono się jajkiem i składano sobie życzenia. Święta Wielkanocne były świętami rodzinnymi, ale też sprzyjały życiu towarzyskiemu. Oryginalnie wykonana pisanka była eleganckim prezentem i pretekstem do odwiedzin. Również śmigus-dyngus obchodzono z rozmachem – dziewczyny polewano wodą, a kawalerowie smagali się witkami. Żadna panna się nie obrażała – przeciwnie, brak oblania uważano za złą wróżbę.
W pierwszym dniu świąt każda rodzina pozostawała sama, drugi i trzeci dzień przeznaczano na odwiedziny.
Zarówno wśród katolików, jak i prawosławnych, powszechny był zwyczaj „wołoczebnego”. Drugiego dnia świąt chłopcy chodzili po wsiach i śpiewali pieśni wielkanocne, a gospodarze obdarowywali ich przysmakami.
Co ciekawe, „święconki” nie kultywują inne narodowości poza Polakami oraz kilkoma innymi narodami słowiańskimi. Święcono baranka, mięsa, chrzan, masło i jajka jako symbole religijne. Na Wołyniu pozdrawiano się słowami: „Chrystus zmartwychwstał” – „Prawdziwie zmartwychwstał!”.
Z naszej pamięci giną dawne obrzędy świeckie. Dziś nikt nie przynosi do domu tlącej się huby ani nie okadza nią domu. Nie połyka się bazi ani nie używa wody po gotowaniu jajek jako środka leczniczego. Dawniej dziewczęta używały nawet czerwonego jajka jako symbolicznego „amuletu” miłości.
Dziś mało kto pamięta także o tradycji siania owsa przed Wielkanocą.
Mówi się, że tradycje wielkanocne w Polsce ewoluują i wiele dawnych zwyczajów zanika. A szkoda.



