Amerykańsko- izraelska inwazja na Iran przynosi rekordowe straty arabskim szejkom.
Jednym z najbardziej wyrazistych sygnałów rosnącego niezadowolenia w państwach Zatoki Perskiej stał się głośny list otwarty skierowany do prezydenta USA. Jego autorem jest emiracki multimiliarder Khalaf Ahmad Al Habtoor, założyciel i właściciel Al Habtoor Group. W opublikowanym oświadczeniu biznesmen otwarcie skrytykował Donalda Trumpa za eskalację konfliktu z Iranem, podkreślając, że kraje regionu ponoszą konsekwencje wojny, której same nie wywołały.
„Dzięki Bogu jesteśmy silni… ale pytanie pozostaje: kto pozwolił wam zamienić nasz region w pole bitwy?” — napisał w liście, który szybko odbił się szerokim echem w świecie biznesu i polityki.
Al Habtoor stoi na czele jednego z największych prywatnych konglomeratów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jego grupa działa w wielu sektorach gospodarki — od energetyki i nieruchomości po branżę hotelarską — a w Dubaju posiada sieć luksusowych obiektów, w tym pięciogwiazdkowy Habtoor Grand Resort & Spa.
Zdaniem części analityków publikacja listu może zapowiadać szerszy trend. Najbogatsi przedsiębiorcy regionu zaczynają bowiem coraz głośniej wyrażać obawy o gospodarcze skutki wojny i mogą wywierać rosnącą presję na zakończenie konfliktu.
Tym bardziej że działania militarne Iranu nie ograniczają się już wyłącznie do celów wojskowych związanych z obecnością Stanów Zjednoczonych. W ostatnich dniach ataki objęły również strategiczną infrastrukturę cywilną i gospodarczą w regionie. Celem były porty, lotniska oraz obiekty turystyczne — w tym okolice słynnego hotelu Burdż Al-Arab w Dubaju.
Irańskie drony i rakiety uderzyły również w rafinerię w Ras Tanura w Arabii Saudyjskiej, jedną z najważniejszych instalacji energetycznych w regionie, zdolną przetwarzać około 550 tys. baryłek ropy dziennie. Ataki dotknęły także Katar — uszkodzone zostały obiekty energetyczne należące do koncernu QatarEnergy.
Zdaniem dr. Wojciecha Szewko działania Teheranu nie mają charakteru chaotycznego odwetu, lecz są elementem przemyślanej strategii. Nawet ograniczone lub symboliczne zniszczenia w państwach takich jak Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Arabia Saudyjska mogą bowiem wywołać poważne konsekwencje gospodarcze i psychologiczne.
Jak podkreśla ekspert, Dubaj przez lata budował swoją pozycję jako globalne centrum handlu i inwestycji oraz bezpieczna przystań dla międzynarodowego kapitału. Ataki na tego typu miejsca mają więc uderzać nie tylko w infrastrukturę, ale także w poczucie stabilności i bezpieczeństwa ekonomicznego regionu — a tym samym zwiększać presję polityczną na Waszyngton.
Pierwsze skutki konfliktu są już widoczne. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich odłamki przechwyconych rakiet i dronów uszkodziły budynki w Dubaju, w tym w rejonie międzynarodowego lotniska oraz w pobliżu amerykańskiego konsulatu. W Kuwejcie fragmenty zestrzelonych pocisków spadły na dzielnicę mieszkalną, zabijając 11-letnią dziewczynkę, a kolejne drony uszkodziły infrastrukturę tamtejszego lotniska.
Władze Iranu podkreślają jednak, że ich operacje wymierzone są przede wszystkim w interesy Stanów Zjednoczonych w regionie, a nie w same państwa Zatoki Perskiej.
Według analityków strategicznym celem Teheranu może być wywołanie presji politycznej ze strony arabskich sojuszników Waszyngtonu. Intensywny ostrzał i destabilizacja regionu mają skłonić ich przywódców do wywierania nacisku na administrację amerykańską, by doprowadziła do ograniczenia lub zakończenia działań wojennych. W tym kontekście szczególne znaczenie mają relacje osobiste pomiędzy prezydentem USA a liderami regionu, w tym saudyjskim następcą tronu Mohammedem bin Salmanem.
Tymczasem w samych Stanach Zjednoczonych pojawiają się pierwsze sygnały prób tonowania nastrojów. Przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson podkreślił publicznie, że działania prowadzone przez USA nie oznaczają wejścia w pełnoskalową wojnę z Iranem.
— Nie jesteśmy w stanie wojny i nie mamy zamiaru jej prowadzić. To operacja o ograniczonym zakresie — oświadczył.
W ostrzejszym tonie wypowiada się jednak sam Donald Trump, który po ostatnich wydarzeniach ogłosił, że oczekuje kapitulacji Iranu.
Obecna faza konfliktu rozpoczęła się 28 lutego, gdy Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły szeroko zakrojone uderzenia rakietowe na terytorium Iranu w ramach operacji „Epicka Furia” i „Ryczący Lew”. W ciągu pierwszych dni ataków trafiono kilka tysięcy celów wojskowych. W wyniku nalotów zginął przywódca Iranu, jednak struktury władzy w Teheranie utrzymały kontrolę nad państwem.
Po tygodniu walk coraz więcej ekspertów podkreśla, że operacja nie ma klasycznego celu militarnego, jakim byłoby szybkie obalenie władz w Teheranie.
Zdaniem ppłk. rez. Macieja Korowaja, analityka wojskowego, działania prowadzone przez USA i ich sojuszników przypominają raczej długotrwałą operację osłabiania przeciwnika niż kampanię zmierzającą do natychmiastowej zmiany reżimu.
Jak ocenia, głównym celem jest eliminowanie przywództwa politycznego i wojskowego oraz systematyczne niszczenie infrastruktury militarnej — przede wszystkim potencjału rakietowego i systemów obrony przeciwlotniczej.
W jego opinii chodzi przede wszystkim o trwałe ograniczenie zdolności Iranu do destabilizowania regionu. Celem nie jest stworzenie od podstaw nowego państwa czy pełna okupacja kraju, lecz sprowadzenie jego potencjału militarnego do poziomu, który będzie możliwy do kontrolowania przez regionalny układ sił.
Sytuację dodatkowo komplikuje rosnące zaangażowanie innych państw. Według doniesień „The Washington Post” Rosja przekazuje Iranowi dane wywiadowcze, które mogą pomóc w lokalizowaniu amerykańskich sił na Bliskim Wschodzie, w tym okrętów i samolotów. Jeśli informacje te się potwierdzą, będzie to pierwszy wyraźny sygnał, że konflikt zaczyna wciągać pośrednio także innych globalnych rywali Stanów Zjednoczonych.
Komentarz: Jeżeli „koniunktura wojenna” w dalszym ciągu będzie tak niekorzystna dla Donalda Trumpa, może się okazać, że jego „gwiazda” mocno przyblaknie.

