Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ł. Lipiński: Chodź kolego na jednego, czyli jak pito w II RP

0

Powiedzieć, że w II Rzeczypospolitej dużo pito, to jak nic nie powiedzieć. W żadnej innej epoce nie było tylu wydarzeń z pogranicza groteski i absurdu, których głównym spoiwem był… alkohol.

„Najlepiej w głowie mieć szum”

SKLEP-WPRAWO.PL

Na początek garść statystyk.

W 1929 roku przeciętny mieszkaniec Warszawy spożywał średnio 5,7 litra spirytusu rocznie. W 1928 roku wydano na alkohol 1 miliard 444 miliony złotych, czyli – jak zauważyła „Gazeta Lwowska” – równowartość 350 domów, co w ciągu kwartału dawało sumę równą tej preliminowanej na oświatę w Polsce.

WSPARCIE WPRAWO.PL

Zjawisko pijaństwa szybko stało się ważnym problemem społecznym. Nad jego rozwiązaniem radziła prasa. Debatowali też – nie wylewający przecież za kołnierz – politycy, naukowcy i lekarze. W 1932 roku Związek Kas Chorych zorganizował staraniem doktora Szumskiego w Miejskim Muzeum Przemysłu Artystycznego we Lwowie wystawę antyalkoholową. Warto przytoczyć, co o niej napisała wspomniana już gazeta:

„Modele i rysunki anatomiczne pokazują przerażające zmiany w mózgu, płucach, sercu i wątrobie pod wpływem działania alkoholu. Wymowne ryciny przedstawiają karambole uliczne, wypadki podczas pracy, katastrofy i zbrodnie, którym winien kieliszek. Tuła się po ulicy nieszczęsna kobieta z dziećmi, ofiara męża-alkoholika; w szynku podniecony wódką awanturnik zatapia nóż w piersi towarzysza hulanki; nieszczęsny skazaniec wyciąga przed trybunałem bezradne dłonie: «Nic nie wiem, wysoki sądzie! Byłem pijany!». To znów, jako symbol nieszczęścia i zguby, wygląda zza butelki z ponętną etykietą złowroga trupia głowa i wychyla się szereg czerwonych, drapieżnych rąk, by pochwycić niebacznego w swe szpony. Dla większej wyrazistości oplata całą grupę zielony wąż.”

Przywołany został przykład anonimowej rodziny alkoholików:

„Ojciec pijak umarł w 60. roku życia na udar serca. Matka, histeryczka, córka pijaka, wydała na świat kilkoro dzieci, ale tylko jeden syn cieszył się zdrowiem. W czterech pokoleniach naliczono 5 pijaków, 3 idiotów, 4 epileptyków, 2 obłąkanych, 3 histeryczki, 4 złoczyńców, 4 wodogłowych, a zaledwie 1 zdrowego potomka.”

Przywołano też statystyki dotyczące osób pracujących przy dystrybucji alkoholu:

„Tablice śmiertelności w zawodach alkoholicznych (szynkarzy, kelnerów, właścicieli hoteli i browarów itp.) wskazują, że ludzie mający styczność z trunkami kończą najczęściej na chorobach wątroby i nerek, cukrzycy albo na samobójstwie.”

Ciekawe były dane dotyczące poszczególnych miast i regionów:

„Z miast i dzielnic Polski najwięcej pije Warszawa i Łódź, dalej Poznań, Kraków i Pomorze. Lwów zajmuje bardzo chlubne miejsce, bo trzecie od końca. Najwstrzemięźliwsze są Stanisławów i Tarnopol.”

Trunki wysokoprocentowe wpływać miały na obniżanie się wyników młodzieży w nauce. To przez nie wielu robotników zwalniało się w poniedziałek z pracy z powodu „niedyspozycji” po weekendzie.

Według przedwojennej prasy weekend w dużych miastach zaczynał się już w czwartek, trwał przez piątek i sobotę, a kończył się w niedzielę, z tzw. zapijaniem klina w poniedziałek. We wtorek miano się kurować, w środę ostatecznie trzeźwieć, zaś w czwartek… ponownie zaczynać weekend.

„U cioci na imieninach”

W II Rzeczypospolitej wypić lubili wszyscy. Awantury rodzinne należały w biedniejszych dzielnicach i na prowincji do codzienności. Bywało, że mąż pod wpływem alkoholu pobił żonę. Bywało, że pili oboje.

Sprzeczki w rodzinie kończyły się różnie. Najczęściej obopólną zgodą, po której wszystko wracało „do normy”. Przynajmniej do następnego razu. Zdarzały się jednak sytuacje nietypowe, kiedy interweniować musiała policja, a niekiedy i straż pożarna.

„Dom przy ulicy Smoczej 8 był w dniu wczorajszym terenem niecodziennego zajścia. Dwaj mieszkańcy tej kamienicy wrócili wieczorem do domu po pijackiej libacji. Gdy stanęli przed swymi żonami, te urządziły im wielką awanturę. Pijacy w panicznym strachu pobiegli aż na dach pięciopiętrowej kamienicy, w której mieszkali. Na próżno lokatorzy domu prosili ich, by opuścili tę niebezpieczną kryjówkę. Pijacy ani myśleli zejść, drżąc przed żonami” – odnotował w 1933 roku „Express Wieczorny Ilustrowany”.

Musiano wtedy wezwać straż ogniową. Jeden z pijaków zbiegł przez niestrzeżoną oficynę. Drugi, o dość znamiennym nazwisku Zacierka, zniesiony został przez strażaków i zatrzymany przez policję.

Pijackie burdy zdarzały się także w lokalach, zwłaszcza tych o gorszej reputacji, chociaż i te lepsze miały swoich awanturników.

„Do restauracji Borucha Kutnera przy ulicy Freta nr 15 przyszedł jakiś podchmielony osobnik i zażądał od właściciela postawienia wódki. Gdy kelner odmówił, wówczas osobnik rzucił się na niego, począł bić, a następnie, porwawszy stolik, zaczął demolować lokal. Siedzących przy stoliku kilku mężczyzn, korzystając z zamieszania, opuściło lokal, nie płacąc. Na wszczęty przez kelnerkę alarm przybył policjant, który awanturnika obezwładnił i przeprowadził do komisariatu” – odnotowują w 1938 roku „ABC: Nowiny Codzienne”, tytułując swą relację „Pijany zdemolował restaurację, trzeźwi uciekli nie płacąc”.

Chuliganem okazał się niejaki Marian Umiastowski, znany na Starym Mieście awanturnik, lubiący wszczynać bijatyki z przechodniami. Był on osobnikiem zupełnie innej proweniencji aniżeli pewien jegomość, który na co dzień był spokojnym, nikomu nie wadzącym człowiekiem, ale kiedy wypił, „dostawał małpiego rozumu”. Osobnik ten wszczął awanturę w jednej z warszawskich restauracji, gdy orkiestra nie chciała zagrać jego ulubionego przeboju zatytułowanego „Zakochany Złodziej”.

Wypić lubili wszyscy, normalne więc, że popijali kierowcy – zwłaszcza że II Rzeczpospolita była okresem rozkwitu motoryzacji w Polsce. Na popularnej szosie z Warszawy do Konstancina usytuowano wiele szynków i restauracji, gdzie ludzie mogli się zabawić. Szybko miało to tragiczne konsekwencje.

Jak zauważa w „Absurdach i kuriozach przedwojennej Polski” Remigiusz Piotrowski: „Widywano w tamtych latach auta, które zajeżdżały do stolicy tyłem, widywano i takie, które wtaczały się pod dom właściciela ciągnięte przez konie lub holowane przez karawan. Inne lądowały w rowach i na lipach pamiętających czasy króla Jana III Sobieskiego.”

Trudno było jednak oczekiwać od zwykłych Polaków abstynencji, kiedy stawiane im za wzór elity nie dawały zbyt dobrego przykładu.

„Chodź na piwko naprzeciwko”

Otwarcie kolejki linowej na Kasprowy Wierch w 1936 roku odbyło się w atmosferze niemałego skandalu. Obecny na uroczystości wiceminister Aleksander Bobkowski, ps. „Bob”, upił się bowiem tak, że trzeba było go wnosić na rękach do wagonika, gdyż nie mógł ustać o własnych siłach.

Przypadków pijaństwa wśród rządzących było dużo. Wiele z nich tuszowała dbająca o wizerunek sanacyjnej władzy cenzura, co i tak na niewiele się zdawało. O Wieniawie będzie jeszcze mowa. W tym miejscu warto wspomnieć o wyczynach związanych z Sanacją w międzywojniu artystów.

Ci także nie wylewali za kołnierz. Dość powiedzieć, że pod wpływem swych alkoholowych eskapad z Boyem, Lechoniem, Słonimskim czy Witkacym Tuwim wydał w 1935 roku „Polski słownik pijacki i mitologię bachiczną”. A wiedział, o czym pisał, bowiem całonocne imprezy z obowiązkowymi rundkami po restauracjach często kończył z kolegami nad ranem w jakiejś podrzędnej karczmie.

Inni artyści mieli przygody nie gorsze. Jan Marcin Szancer wspominał po latach kazus swego kolegi, cenionego rzeźbiarza Jacka Pugeta, ps. „Baron”, który stanąć miał pewnego dnia przed kontuarem krakowskiego lokalu przy ulicy Pawiej… bez butów, z nogami owiniętymi gazetami. W odpowiedzi na pytający wzrok barmana wytłumaczył się dość specyficznie: „Ten idiota nie może zrozumieć, że sprzedałem buty, aby się napić wódki. Wódka była mi dzisiaj o wiele bardziej potrzebna.”

Pisarz Stanisław Przybyszewski zgodził się udzielić wywiadu znanej warszawskiej redaktorce Karolinie Beylin. Pewien problem stanowił jednak… areszt domowy, jaki zarządziła mu w dzień konwersacji żona, „żeby nie poszedł na wódkę”. Wywiad ostatecznie doszedł do skutku: pisarz udzielił go… przez drzwi.

W kwestii zakrapianej konsumpcji Przybyszewski i tak mógłby pozazdrościć przygód innym artystom. Tacy Broniewski, Jaracz czy Węgrzyn słynęli z zamiłowania do włóczenia się po najgorszych spelunach. Jaracz raz przez to omal nie zamarznął pod Wilnem, zaś Węgrzyn – gustując, o ironio, nie w winie, a w zwykłym bimbrze najgorszego gatunku – popadł z czasem w alkoholizm i schizofrenię.

Artyści to w ogóle ciekawy przypadek. W międzywojniu po raz pierwszy stali się na tak wielką skalę częścią kultury masowej, a że lubili wypić, często tworzyli dzieła o tematyce bachicznej.

O Tuwimie była już mowa. Warto odnotować powstałe w II RP pijackie szlagiery, śpiewane przez takich piosenkarzy, jak Zula Pogorzelska („Ta mała piła dziś”), Tadeusz Faliszewski („Pij bracie, pij”, „Kieliszek czystej wódki”, „U cioci na imieninach”, „Bal u starego Joska”), Chór Dana („Chodź kolego na jednego”) czy Chór Juranda („Upić się warto”, „Chodź po piwko naprzeciwko”, „Najlepiej w głowie mieć szum”). Ich tytuły mówią same za siebie.

Dużo mocniejszą głowę niż polscy artyści miał pewien duchowny. Jak wspominał w swych zapiskach pt. „Kolorowi ludzie” grafik-karykaturzysta Zdzisław Czermański, w parafii Piaski był proboszcz, który potrafił wypić każdą ilość alkoholu, a przy tym nigdy się nie upić i nie zaniedbać swych obowiązków duszpasterskich. Każdy poranek zaczynał ponoć od dwunastu kieliszków wódki do śniadania, po czym wyruszał w odwiedziny do parafian, którym również nie odmawiał. Dzień kończył kolacją, do której wypijał – uwaga – dwie karafki wódki, trzy dzbany piwa, trochę trójniaku i szklaneczkę wiśniówki!

Pozazdrościć kondycji – chciałoby się rzec. I ksiądz proboszcz musiał jednak w dziedzinie alkoholu uznać supremację pewnej osoby, której pijackie wyczyny przeszły już do legendy.

„Stary, wypróbowany, wierny druh – alkohol!”

Mowa oczywiście o Bolesławie Wieniawie-Długoszowskim, osobistym adiutancie marszałka Piłsudskiego, celebrycie i lwie salonowym II Rzeczypospolitej. „Wybitnym birbancie”, o którym mówiono, że „kochał wódkę z wzajemnością”, a który zwykł mawiać, iż „czysta wódka ani munduru, ani honoru oficera nie plami”.

O dokonaniach tej postaci napisano już wiele. My skupimy się na tych dotyczących stricte kieliszka, wszak podobno „to nie Wieniawa szukał alkoholu, to alkohol szukał Wieniawy”.

Pierwszy ułan II Rzeczypospolitej chętnie imprezował w popularnych lokalach. Tam często otaczany był przez rzesze dam, wojskowych, polityków, ziemian i artystów. Niemal każdy chciał się z nim napić, a Wieniawa nie miał w zwyczaju nikomu odmawiać. W jednej dłoni potrafił trzymać trzy kieliszki jednocześnie, umieszczając je między palcami, po czym opróżnić je kolejno, nie uroniwszy nawet kropli.

Ułan miał, jak na wojskowego przystało, mocną głowę. Choć wszyscy widzieli go pijącego, nikt nigdy nie widział go pijanego. Kiedy inni zataczali się i przysypiali, on pił z coraz to nowymi osobami. Gdy o czwartej nad ranem zamykano zwyczajowo lokale, wyruszał ze swą kompanią do podrzędnych knajp na przedmieściach w typie słynnego szynku „U Joska na Gnojnej”. Ku zdumieniu obecnych tam imprezowiczów z gatunku tych o raczej marnej proweniencji zjawiał się… osobiście powożąc dorożką, z kaszkietem woźnicy na głowie. Do domu wracał dla odmiany trzema dorożkami: w jednej jechał on, w drugiej jego szabla, a w trzeciej rękawiczki.

Wiele swych niesamowitych wyczynów dokonał wskutek zakładów po alkoholu. Któregoś dnia założył się na przykład, że wejdzie do olbrzymiego akwarium w jednym z warszawskich hoteli – czego oczywiście nie omieszkał uczynić. Innym razem wjechał na koniu do… słynnej restauracji Adria. Kiedy indziej na… pierwsze piętro renomowanego hotelu „Bristol”.

Czegokolwiek by nie uczynił, wszystko zawsze uchodziło mu płazem. Wiedziano bowiem, że jest przyjacielem sanacyjnych elit i ulubieńcem samego marszałka Piłsudskiego.

Ten powierzył mu w 1934 roku misję reprezentowania Polski na pogrzebie króla Jugosławii Aleksandra. Wieniawa spóźnił się na uroczystość. Stało się tak z powodu… zakrapianego przyjęcia, jakie wydał wcześniej w polskiej ambasadzie ku pamięci króla.

Znana jest równie inna anegdota. Po objęciu dowództwa Wieniawa wezwał słynącego z zamiłowania do hulanek swego adiutanta pułkowego. Uznał, że by utrzymać rygor wśród podwładnych, ktoś musi pozostać trzeźwy. Zarządził więc, iż będą z adiutantem imprezowali na przemian: tydzień Wieniawa, tydzień adiutant. Po kilku miesiącach takiego układu podwładny złożył wypowiedzenie. Zaskoczonemu Wieniawie tłumaczył się, iż „od pół roku nie może doczekać się na swój tydzień”.

Niewiele osób wie, że były jednak okresy, kiedy Wieniawa w ogóle nie pił. Działo się tak w czasach młodości, gdy otaczał się lwowską bohemą artystyczną. Imprezowanie ograniczył też w latach 1928–1930, kiedy na prośbę marszałka Piłsudskiego zaprowadzał dyscyplinę w cieszącym się złą sławą warszawskim garnizonie wojskowym. Imprezowiczem ostatecznie przestał być w 1938 roku, gdy został ambasadorem Polski we Włoszech. „W dyplomacji można czasem robić świństwa, ale nigdy głupstw. W kawalerii jest odwrotnie” – tłumaczył wówczas zdziwionym swą przemianą.

Swe pełne hulanek życie podsumował w wierszu pt. „Ułańska jesień”. Czytamy w nim:

„Lecz gdyby mi kazały wyroki ponure

Na ziemi się meldować, by drugi raz żyć,

Chciałbym starą wraz z mundurem wdziać na siebie skórę,

Po dawnemu… wojować… kochać się… i pić”.

```html

Druga część „Genocidum atrox” filmu dokumentalnego Jacka Międlara „Sąsiedzi. Ostatni Świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”.

Wspieraj pracę autora

```

Może ci się spodobać również Więcej od autora

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.